czwartek, 27 maja 2010
Pierwszy mecz baseballa

Coż napisać o baseballu? Że jest sportem numer jeden w USA, że każdy prawdziwy mężczyzna kocha baseball i aktywnie śledzi wyniki swojej drużyny, że jest wierny jednemu zespołowi całe swoje życie? To wszystko prawda. Ja o tym sporcie wiem niewiele. Gdy byłam w podstawóce nie pamiętam dlaczego zrobiła się wielka moda na baseball, pojawiły się kije, rękawice i piłki. Jeden kolega posiadał cały taki zestaw i długie godziny upływały nam po szkole na grę w baseball pod blokiem 41.

W to majowe zimne i wilgotne popołudnie przyszło mi zobaczyc na własne oczy prawdziwy mecz baseballa w San Francisco. (dodam tylko, że kiedy kupowaliśmy bilety nie wiedzieliśmy, że będzie taka pogoda). W naszym mieście największą drużyną są GIANTS (czyt. dżajants) i właśnie im kibicuje Tyler. Kolory zespołu to "gorący" pomarańczowy i czarny. Miałam obawy przed pójściem na mecz, bo co ja tam wiem o baseballu, poza tym różnorakie mecze nigdy specjalnie mnie nie interesowały. Inaczej kiedy na przykład Polska gra jakiś ważny mecz piłki nożnej, siatkówki czy Małysz skacze nad wyraz daleko. W swoim życiu byłam na jednym meczu połki nożnej, z resztą jako dziecko i niewiele pamiętam. Postanowiłam jednak dać szansę baseballowi. Nie pomyliłam się, ponieważ pomimo chłodu i kilku kropel deszczu opłacało się zobaczyć całe widowisko. Stadion to wielka machina do robienia pieniędzy, dziesiątki stoisk z rozmaitymi przekąskami i fast foodami, gadżetami klubowymi, piwem, napojami, pamiątkami, itd. Obowiązkowym przysmakiem są jednak czosnkowe frytki, czyli normalne frytki okraszone podpieczonym czosnkiem z przyprawami. Palce lizać. Nim doszliśmy do naszych miejsc, zdążyliśmy je zjeść. Zaznaczyć tu muszę, że jak ognia unikamy wszelkich fast foodów, moja noga nie postanęła i nie postanie w żadnym amerykańskim McDonaldsie czy innym syfie. Jedyny wyjątek zrobiliśmy  w południowej Kalifornii, gdzie Tyler pokazał mi, co to znaczy w miarę przyzwoity hamburger w słynnym "In'n'out burger". Na tym koniec. Jeśli zachciewa się nam hamburgera idziemy do restaurtacji specjalizującej się w burgerach, gdzie mamy pewność, że mięso pochodzi z krów swobodnie wypasających się i jedzących trawę, a nie kukurydzianą paszę. Ok, to była taka mała dygresja na temat niesławnego amerykańśkiego jedzenia. Raz na kilka miesięcy nie zaszkodzi zjeść pysznych czosnkowych frytek.

Podczas meczu najbardziej podobało mi się to, co działo się na trybunach. Siedzieliuśmy w bardzo aktywnym sektorze. Nad nami nastoletnie wrzeszczące fanki przeciwnej drużyny (ze stanu Waszyngton), po lewej podchmieleni już młodzi ludzie (z wyglądu - Ameryka Środkowa lub Południowa). A jeszcze z innej strony dwie panie w średnim wieku. Ciekawa mieszkanka. Były krzyki, wyzwiska, prowokowanie zawodników, którzy jednak nie dali się sprowokować, ale spóbować zawsze można. Co jakiś czas któryś z zawodników rzucał piłkę dla publiczności, więc opłacało się do nich krzyczeć. Próbowałam nawet nauczyć się nomenklatury baseballowej. Prawda jest taka, że w języku angielskim istnieje wiele zapożyczeń z żargonu sportowego, szczególnie baseballowego. Świadczy to o tym, że ten naród bardzo jest związany z tym sportem. Jako obcokrajowiec nie mam o nich pojęcia, ponieważ nie dorastałam w tej kulturze. Spróbuję się nauczyć, ale wątpię czy kiedyś opanuję tą sztukę.

Ogólnie pozytywnie oceniam doświadczenie meczu baseballa. To ogromny biznes generujący wiele miejsc pracy. Poza tym wydaje mi się, że jeśli istnieje jakiś sposób na poderwanie Amerykanina, to będzie to rozmowa o baseballu ;)

 

Pierwszy mecz baseballa
wtorek, 25 maja 2010
California Academy of Sciences

Jedyną rzeczą, której nie sposób spotkać w San Francisco jest nuda. Szczególnie jeśli w niedzielny poranek wybrać się do California Academy of Sciences (Kalifronijska Akademia Nauk). Polskie tłumaczenie brzmi dość surowo i nudnie, ale jednak wewnątrz Akademii nie czekali na nas podstarzali naukowcy w białych kitlach zarzucający faktami naukowymi, lecz prawdziwa przygoda, dreszczyk emocji i wiedza przemycona w zabawny i ciekawy sposób.

Zacznę od samego budynku muzeum. Zamysłem włoskiego architekta Renzo Piano było jakby podniesienie hektara parku Golden Gate i wsunięcie pod niego całej Akademii. Rzeczywistym rezultatem jest ekologiczny ogród na dachu. Siedem zielonych kopuł odwzorowujących 7 głównych wzgórz San Francisco zamieszkuje 1,7 mln roślin, co nadaje temu miejscu miano majbardziej "zielonego" muzeum świata. Taka zielona łąka daje schronienie i wytchnienie wielu gatunkom ptaków i owadów, łącznie z pszczołami, które zamieszkują kilka uli na dachu. Dodatkową i chyba ważniejszą funkcją tego żyjącego dachu jest absorbcja wody deszczowej, która wykorzystywana jest na przykład do spłukiwania toalet. Dodatkowo wokół zielonego dachu umieszczone zostały panele słoneczne dostarczające energii dla muzeum. Swoją drogą Zatoka San Francisco jest najbardziej innowacyjnym miejscem jeśli chodzi o czystą i odnawialną energię (o tym dokładniej innym razem).

Przechodzimy do wewnątrz tego fascynującego budynku oddanego do użytku jesienią 2008 roku i zaskakuje nas tu prostota, jasność (duża ilość naturalnego światła) oraz niczym nie rażący eklektyzm. Najpierw udajemy się po bilety do planetarium. Seans za godzinę, więc mamy sporo czasu na odwiedzebie lasu równikowego, jednocześnie nie udając się w daleką, niebezpieczną i kosztowną podróż. Pod olbrzymią kopułą zgromadzono liczne gatunki roślin, płazów, gadów, ptaków oraz motyli żyjących w lasach tropikalnych Ameryki Południowej, Madagaskaru oraz Borneo. Zaczynamy wśród runa leśnego powoli wspinając się do samych koron drzew. Temperatura i wilgotność również wzrasta. Obserwujemy kolorowe motyle, niebieską papugę, gekony, rośliny drapieżne zwabiające owady do swych torebeczek pełnych trawiących płynów. Spoglądamy w dół, a pod nami morskie życie filipińskiej rafy koralowej upływa w nieco zmąconym spokoju, ponieważ pod rafą korytaż z widzami oglądającymi tą pływającą faunę od spodu. Przedziwny to widok. Chcemy zostać dłużej, ale już czeka na nas kolejna atrakcja: planetarium.

Ci z Was, którzy odbyli szkolną wycieczkę do planetarium chorzowskiego potrafią sobie wyobrazić o czym będzie mowa. Z tą różnicą, że to planetarium w muzeum nie posiada kształtu kopuły, lecz jest to jakby nieco spłaszczona połowa kopuły. Rozsiadamy się w wygodnych fotelach razem z niespełna 300 innymi widzami i naszym oczom ukazuje się niesamowita wizualizacja życia gwiazd. Udajemy się daleko poza układ słoneczny, ba, nawet poza naszą galaktykę. Miliony i miliardy lat świetlnych pokonujemy w ułamki sekund. Narracja Woopi Goldberg dodaje całemu przedstawieniu współczesny i życiowy wymiar. To jedyne takie miejsce na świecie, gdzie najnowsze osiągnięcia astronomii i astronautyki spotykają się w taki przystępny sposób. Dodatkowo potwierdziły się informacje, które słyszałam kilka lat temu, że Pluton nie jest już uważany za dziewiątą planetę układu słonecznego. Mamy teraz tylko 8 planet. Pluton wraz z inną planetą Eris uznawane są obecnie za tzw. planety karłowate. To właśnie odkrycie Eris w 2005 roku zmusiło naukowców do zdefiniowania pojęcia "planeta". Pluton i Eris nie zmieściły się w tej klasyfikacji. Ach, jaki ten kosmos niesamowity.

Jeszcze jedną ciekawostką Academy of Sciences jest niesłychanie rzedko występujący w naturze aligator albinos, zupełnie biały aligator z różowymi oczami. Natura płata czasem figle nawet aligatorom. Oczywiście można się spodziewać, że biały aligator stał się maskotką i wizytówką muzeum.

Dowodem rzeczowym naszej wycieczki są zdjęcia, które wklejam poniżej.


Academy of Sciences
czwartek, 25 marca 2010
Spacer do Fishermen's Wharf

Fisherman's Warf

czwartek, 18 marca 2010
Southern California Trip
Southern California Trip
środa, 17 lutego 2010
Wiosna / Spring
Wiosna w SF
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Painted Ladies

Tym razem publikuję najsłynniejszy, pocztówkowy widok San Francisco. Miasto nad Zatoką jest bardzo fotogeniczne, ponieważ zbudowano je na kilku wzgórzach (podonbno w sumie ok. 40), więc możliwe są fotografie panoramiczne, jeżeli znajdzie się odpowiedni punkt. Typowym znakiem rozpoznawczym miasta są wiktoriańskie i edwardiańskie drewniane, kolorowe domy. Na Placu Alamo znajduje się sześć najsłynniejszych. Są one zwrócone na zachód, a za nimi rozpościera się panorama z nie mniej słynnymi budynkami, takimi jak: Transamerica Pyramid oraz Bank of America Building (brunatny wieżowiec).


Painted Ladies - najsłynniejszy widok San Francisco


Widok ten wykorzystany został w czołówce najsłynniejszego serialu rodem z San Francisco, który gościł na ekranach polskiej telewizji w połowie ubiegłej dekady. Pamiętam jak pędziłam po szkole do domu, aby śledzić losy zwariowanej rodzinki Tannerów. Przypomnijmy sobie tą słynną muzykę i widoki z SF... Kliknij TUTAJ i zwróć uwagę na ostatnie 10 sekund.


This time I publish the most famous view of San Francisco. The city is located on several hills so it provides many panoramic and skyline photo opportunities. This time on a cold Saturday I went for a walk to Alamo Square, where you can find 6 so called Painted Ladies - victorian houses, as well as the Transamerica Pyramid and Bank of America Building in the background.

These photos remind me of a show from the ninties that I used to watch as a schoolgirl. I'm talking about Full House, of course. Enjoy.

wtorek, 12 stycznia 2010
W (już nie takim) Nowym Roku

Nowy Rok przybył już jakiś czas temu, a na blogu jakoś brakuje wpisów. Może i mnie dopadła zimowa depresja? Może jestem w podróży? Może nie zapłaciłam rachunku za internet i mi odcięli? Niestety, nic z tych rzeczy. Zwykłe lenistwo no i może brak weny. Zawiadamiam jednakże, że żyję i mam się dobrze. Pisać będę już niedługo, jak się troszkę uspokoi i załatiweń i różnych spraw mieliśmy ostatnio sporo. Poza tym jakoś tak nie mogłam się odbić po świątecznym i sylwestrowym lenistwie. Ale W Californii właśnie zaczyna się w styczniu semestr wiosenny, więc ja mam też zamiar podjąć pewne działania zmierzające do większej systematyczności i pilności. Dlatego myślę, że już nie będzie wielkich opóźnień na blogu.

Tymczasem wklejam kilka zdjątek z niedzielnego zimowego spaceru do Fort Funston i nad ocean.

 

January 2010 - Fort Funston


View Larger Map

sobota, 19 grudnia 2009
W grudniu popołudniu, w parku...

Miszkańczy San Francisco mówią o nim po prostu "the park". Nowy Jork ma Central Park, a SF ma Golden Gate Park, olbrzymie połacie lasu i parku w środku miasta. Tutaj koncentruje się życie mieszkańców w weekendy. Park jest ogromny, ma wiele działów, mniejszych parczków, wszelakich atrakcji. Jest tu ogród botaniczyn, w którym znajdują się rośliny z całego świata, jest palmiarnia, jest herbaciany ogród japoński, ogród różany, jeziorko z żółwiami i truskawkowym wzgórzem, są drzewa redwoods (te bardzo stare i wysokie), ale przede wszystkim jest mnóstwo wiewiórek. Niestety nie mają rudego futerka, te kalifornijskie są szare, ale niemniej urocze. Podchodzą bardzo blisko ludzi z nadzieją na poczęstunek orzeszkiem. Wiewiórki to moje ulubione zwierzęta parkowe.

W środku Glden Gate Park znajdują się wspaniałe de Young Museum oraz Academy of Science.

Nieco dalej na północnym-zachodzie miasta położony jest Lincoln Park, który mieści muzeum Legion on Honor, znajdujące się w klasycystrycznej budowli wzorowanej na Francuskim Pawilonie z międzynarodowych targów Panamia-Pacific z 1915 r.  Powstało dla upamiętnienia poległych w czasie drugiej wojny światowej, służąc następnym pokoleniom za muzeum. Na dziedzińcu znajduje się kopia słynnego dzieła Rodina "Myśliciel".

 

Golden Gate Park and Lincoln Park
środa, 16 grudnia 2009
Z cyklu: Księga pochwał i zażaleń

Mijają właśnie dwa miesiące. Czas na podsumowania, wnioski, uwagi oraz księgę zażaleń.

Poza tym wszystkim, co mi się w San Francisco podoba, jest kilka rzeczy zdecydowanie przeciwnych.

Bezdomni. To jedna z rzeczy, której nie lubię w SF. Jest tu mnóstwo bezdomnych, „łaziorów” i żebrujących. Po części, dlatego, że mają się tu dobrze. Nie ma mrozów, nikt ich nie przegania, miasto o nich dba. Tak, więc idąc ulicą jest 100% szans, że spotkasz jakiegoś śmierdzącego, szalonego, gadającego do siebie lub wykrzykującego coś, albo na czymś grającego człowieka. Szacuje się, że każdej nocy jest ich od tysiąca do dwóch tysięcy na ulicach miasta. Jakieś 60% z nich to afro-amerykanie. Właściwie Polacy, u których często bywam pomagają jednemu takiemu. Jest biały, ma na imię Edward i podobno był kiedyś prawnikiem. Roznosi kwiatki w poniedziałki, dostaje za to kilkanaście dolarów, na jedzenie. Ale mam wrażenie, że zamiast jedzenia wydaje kasę na ćpanie.

Co do narkotyków to mają tutaj coś takiego, co nazywa się „medyczna marihuana”. Jeśli udowodnisz lekarzowi, że potrzebujesz „maryszki”, bo ona na przykład uśmierza twój ból, którego nie usuwają żadne inne tabletki, albo masz jakiś inny problem, na który jedynym rozwiązaniem jest palenie trawki, lekarz może przepisać ci właśnie tą medyczną marihuanę. Następnie możesz udać się do specjalnego sklepu i ową trawkę zakupić. Poza tym popularne są tzw. magiczne ciasteczka (magic cookies), czyli właśnie nic innego jak ciasteczka z marychą. Widziałam kiedyś ludzi, którzy się tego najedli. Zamiast 45 minut jechali 3h z San Jose do SF. A gdy już dojechali, zamiast bawić się na imprezie, siedzieli w kącie jak zombi. Jeśli na tym to polega, to ja dziękuję. Żadnych wizji i odlotów? Kiedyś siedząc na trawie w parku podszedł do mnie gość i zapytał czy chcę owe magiczne ciasteczka. Więc myślę, że kupić narkotyki w Californii jest bardzo ławo. Wiele osób opowiada się za ich zalegalizowaniem zasłaniając się pomysłem, że będzie można dodatkowo ściągać za to podatki. Ja nie jestem jednak tego taka pewna.

Kolejna rzecz, która mnie tu irytuje, to pomysł, że na każdym skrzyżowaniu wszędzie jest znak STOP.  Nie ma tu dróg głównych i podporządkowanych, nigdzie nie widziałam znaku „ustąp pierwszeństwa”. Po prostu same STOPy. Można dostać kręćka. Ten fakt implikuje nieobecność rond. Nie ma rond! Rondo okazuje się być największym wynalazkiem Europy. Kiedyś w innym mieście widziałam coś, co z założenia miało wyglądać jak rondo, ale konstruktor, żeby być do końca „zidiociałym amerykanem”, ustawił jeszcze 4 znaki stopu na każdej wlatującej na rondo ulicy. Ja nie mogę! Gdzie leży przyczyna tych stopów? Jedną wydedukowałam sama, drugą mnie oświecono. Moim zdaniem, ponieważ „głupie amerykany” nie potrafią jeździć samochodami z manualną skrzynią biegów, bo to za dużo roboty, mają samochody z automatyczną. Dlatego mogą tak często się zatrzymywać nie zmieniając biegów. Nie chcę nawet myśleć, co by było gdyby nagle musieli zatrzymywać się na każdym skrzyżowaniu i od początku zaczynać od jedynki, potem dwójka, trójka, itd. Amerykanie są wszak leniwi. Po drugie amerykany nie umieją jeździć samochodami; prawo jazdy można już dostać w wieku 16 lat, nie trzeba chodzić na kurs, wystarczy, że ojciec nauczy takiego nastolatka jeździć i potem tylko zdaje się egzamin. To powoduje, że generalnie nie respektuje się wielu zasad ruchu drogowego (szczególnie źle jeżdżą tu „chińczyki”), więc lepiej niech się taki delikwent profilaktycznie zatrzyma przed skrzyżowaniem. Zatrzymać się musi, nawet jak widzi, że nic nie jedzie, i jak byk widać, że przydałby się na tym skrzyżowaniu żółty trójkąt z czerwoną obwódką, zwrócony w dół. Dlatego ponieważ generalnie ludzie tutaj nie jeżdżą zbyt dobrze, powinni za każdym razem zatrzymywać się przed skrzyżowaniem, tak dla bezpieczeństwa. STOP.

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Nienudna wycieczka w nudną pogodę

Dobijam już prawie do dwóch miesięcy za wielką wodą, siódmą górą i dziesiątą rzeką. Przez ten czas zdążyłam już nieco poznać Miasto nad Zatoką, zwyczaje mieszkańców i mentalność tego kraju. Może poznać to nie do końca właściwe słowo, ale na pewno poczyniłam obserwacje i porównałam je z moim dotychczasowym doświadczeniem. Wracając jednak do miasta, mimo, że może nie zwiedziłam go jeszcze na wylot i nie poznałam wszystkich tajemnic, w miniony piątek poczułam potrzebę wydostania się z miejskiej dżungli i zobaczenia rzeczy, z których Kalifornia słynie (nie mówię o winie). OK, po tym przydługawym wstępie wiecie już, że pojechaliśmy na wycieczkę.

Mimo, że można uznać, że pogoda niedopisana, nie było wcale nudno. Mówiąc o pogodzie trzeba zaznaczyć, że do tej pory przez 95% moich dni grzało nas swoimi promieniami jesienne słońce, a wdziękami obdarzało piękne błękitne niebo. Niestety do tej części Kalifornii dotarła właśnie zima. Co znaczy oczywiście, że nie będzie mrozów, ale robi się nieprzyjemnie. Deszcz, wiatr i szaruga, tak w skrócie. Od 3 do 10 stopni, ale w niektórych częściach miasta i zatoki rano można zastać szron na samochodzie (!). Jak dobrze, że nie mamy samochodu, hi hi. Nie ma to jak transport publiczny :)

Zatem wynajęliśmy samochód, żeby udać się na jednodniową wycieczkę wzdłuż wybrzeża do letniego kurortu Santa Cruz, a następnie do nieco bardziej słynnego miejsca, a właściwie miejsc, w których mieszczą się rzeczy, z których większość z nas korzysta każdego dnia. (zagadka). Na początku trasa wydawała się nieco nudna, depresje szare niebo za oknami, szary ocean po prawej i wzgórza po lewej. Choć przyznam, że miało to swój urok. Zaplanowaliśmy postój w Pigeon Point, starej latarni morskiej z 1871 roku, miejsca, gdzie o tej porze roku można zobaczyć płynące na południe wieloryby. Niestety, żadnego nie udało nam się dostrzec, więc zziębnięci od zimnego oceanicznego wiatru udaliśmy się w stronę samochodu. Mijając hostel, który mieści się zaraz obok latarni zostaliśmy zagadnięci przez pewnego człowieka pytaniem:

- Chcecie pomóc uratować lwa morskiego? Chore zwierzę zostało wyrzucone na plażę.

Nie musiał dwa razy powtarzać. Choć nie było łatwo, gdyż biedak (biedaczka) ważył 97 kg, udało się i załadowaliśmy go do pickup’a. Mężczyzna okazał się ratownikiem z centrum ssaków morskich i zabrał tam zwierzę, w celu udzielenia mu dalszej pomocy. Zapytał mnie też jak mam na imię i powiedział, że zwierzę od teraz będzie miało tak na imię. Tyler upewnił się, że będzie to Monika, przez „k” i dokonał aktu nadania jej słowiańskiej „duszy”. Oboje mamy nadzieję, że Monika wyzdrowieje. Zadzwonimy tam jutro.

Dlaczego lew morski zachorował? Najwyraźniej zaszwankował układ nerwowy. Zwierzęta morskie jedzą ryby, które żywią się algami. Wodorosty natomiast wchłaniają zanieczyszczenia, jakie doprowadzane są do oceanu przez rzeki, do których spływają chemikalia i pestycydy używane przez wielkoobszarowych farmerów.

Nieco oszołomieni nieoczekiwaną sytuacją, jakiej staliśmy się udziałem, pojechaliśmy dalej na południe do wyludnionego Santa Cruz. Objechaliśmy miasto. Nic nadzwyczajnego, ale stamtąd  nasza trasa wiodła już na północny zachód do Silicon Walley. Tak, tak, Dolina Krzemowa. Dolina Krzemowa nie jest nazwą geograficzną, więc nie znajdziecie jej na mapie. To nazwa nadana północnej części Doliny Santa Clara. Zgodnie z nazwą tereny te stanowią od lat 50. XX-wieku centrum amerykańskiego przemysłu tzw. "nowych technologii", głównie przemysłu komputerowego. Termin został utworzony przez amerykańskiego dziennikarza Hoeflera, który na początku 1971 roku w lokalnym piśmie elektronicznym zamieścił serię artykułów zatytułowanych "Silicon Valley USA” . Korzystne warunki do rozwoju przedsiębiorczości i niskie ceny gruntu przyczyniły się do dynamicznego rozwoju tej okolicy w dalszych dziesięcioleciach. A wszysko zaczęło się gubernatora Kalifornii Stanforda, który, aby uczcić zmarłego syna ufundował uniwersytet, który dziś należy do amerykańskiej czołówki, Stanford University (na marginesie posiadający wspaniałą encyklopedię filozoficzną on-line).

Tutaj więcej na temat historii Doliny Krzemowej.

My skoncentrowaliśmy się na współczesnych technologiach codziennego użytku. Mieliśmy przy tym sporo zabawy w ten pochmurny dzień. Wspomnę tylko Ebay, Apple, Yahoo, Google, Facebook.

Silicon Valley
 
1 , 2
Stowarzyszenie CTA - Closer
to Asia CTA News - serwis prasowy
Stowarzyszenia CTA - Closer to Asia Click for Kraków, Poland Forecast Monika Burzyńska's Profile
Monika Burzyńska's Facebook profile
Create Your Badge