piątek, 09 października 2009
Północ, południe

Przed wyjazdem postanowiłam zobaczyć jeszcze dwa upragnione miejsca, których dawno nie odwiedzałam. Południe i północ, Tatry i Bałtyk. Udało się. Efekty poniżej.

Sentymentalnie powiedzieć mogę: no bo nie wiem, kiedy będę mieć znów okazję tam pojechać. No właśnie, brzmi jakoś tak tkliwie. Najlepiej powiedzieć, że chcę znów szybko tam się znaleźć. Jak najszybciej, lecz na razie inne góry i inne wody zdobywać będę.

 

piątek, 20 lutego 2009
Urocze Porto

O Porto mogę mówić i pisać dużo. Ale postaram się ciekawie.

Na poczatek trochę historii: Porto, znane również jako Oporto, jest miastem w północnej Portugalii posiadającym ok. 263 tys. mieszkańców. Porto leży u ujścia rzeki Douro do Oceanu Atlantyckiego. Pierwsze wzmianki o mieście pochodzą z V w. Od ówczesnej nazwy miasta wywodzi się nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"). Wystarczy, miało być ciekawie.

Rozpocznę zatem od naszej przygody z noclegiem. Otóż, będąc jeszcze w Lizbonie staraliśmy się znaleźć nocleg w Porto przez CouchSurfing. Niestety nawet po umieszczeniu tzw. last minute couch nie dostaliśmy odpowiedzi. Jedak nie daliśmy za wygraną, bilety już kupione, więc i tak jedziemy do Porto. Bardzo chcialiśmy spędzić tam kilka dni, tym bardziej, że nasz lot powrotny kupiliśmy właśnie z Porto.

Wiara w pomyśly obrót spraw zadziałała. Będąc już w pociągu dostaliśmy wiadomość, że mamy nocleg (przynajmniej na jedną noc). Mogliśmy więc odetchnąć i podziwiać portugalskie krajobrazy za oknem. Pewnie skoro sami podróżujecie nie zdziwi was stwierdzenie, że "Polacy są wszędzie", że gdziekolwiek pojedziemy, zawsze spotkamy rodaków. I wyobraźcie sobie, że w tym pociągu, tuż obok nas jechali... Polacy. Zawsze jednak mnie to dziwi, pociąg był jednym z wielu, dzień jak każdy inny, a Polak zawsze się znajdzie, nawet na drugim końcu kontynentu.

Jednak to nie koniec niespodzianek. Gdy dojechaliśmy do Porto, udaliśmy się metrem na umówioną stację. Nasz host Fernando miał tam na nas czekać. Więc, wysiadamy i udajemy się wprost w grupę młodych ludzi stojących na stacji. A tu nagle, już gdy go mijaliśmy Fernando nas dosłowienie "łapie" i wita się z nami. Nie byłoby w tym nic dzienego, ale z reguły korzystając z idei couchsufringu spodziewać się można młodych, aktywnych, otwartych na świat, kochających podróże ludzi. Dlatego zaskoczeniem było dla nas ujrzenie dojrzałego człowieka ok. 60tki.  Jadnak wiek w przypadku naszego gospodarza był bardzo złudny. Fernando okazał się mieć serce na dłoni. Nie dość, że pozwolił nam zostać u siebie 5 dni (przy okazji jedną noc nocował jeszcze chorwacką parę, a sam spał na podłodze na materacu), okazał się być guru couchsurfingu w Porto. Przede wszystkim został naszym przewodnikiem i opiekunem. Jak sam powiedział, swoje życie oddał idei CS. Bycie hostem traktuje jako swoją pracę. Swoim gościom oferuje nie tylko nocleg, ale i wikt i opierunek, a co więcej jest przewodnikiem po swoim uroczym mieście. Oczywiście może sobie na to pozwolić, gdyż mieszka sam i jest na emeryturze.

Co jeszcze zrobił dla nas nasz wspaniały Fernando? Zabrał nas do piwnic ze słynnym winem Porto, gdzie mogliśmy degustowac wina do woli, a po wyjściu kołysaliśmy się lekko na nóżkach. Potem pokazał gdzie dobrze zjeść.

No i właśnie o jedzeniu chciałabym teraz napisać.

W czołówce uplasoweły się 3 dania. Na początek unikatowe miejsce, do którego zabrał nas gospodarz. Po prostu sardynki, ale.... nie takie, jakie kojarzycie z puszki. Prawdziwe, świeże sardynki z grilla są znacznie większe. W okolicach Porto, nad Atlantykiem znajduje się małe rybackie miasteczko Matosinhos, które słynie z wyśmienitych sardynek. Nie ma chyba nic lepszego na świecie niż świeża ryba z grilla i równie świeża sałata oraz wino i oliwki. Po prostu palce lizać. To wszystko w malutkiej rodzinnej restauracyjce i w przystępnej cenie. (zdjęcia z tej uczty w galerii poniżej).

Kolejna potrawa związana jest z ludźmi, których poznaliśmy w Porto. Fernando poznał nas z Carmo, miłą dziewczyną, która w couchsurfingu stawiała pierwsze kroki. Carno poznała nas też ze swoimi przyjaciółmi Olgą i Hugo oraz dołączyli do nas tego wieczoru również ambasadorzy cs z Porto Ana i Ricardo. Nasza nowa znajoma postanowiła ugościć nas na dinner party wspaniałym bacalau. Bacalau  (czyt. bakalału) to suszone płaty dorsza, które spożywa się w Portugalii na setki sposobów. Ja dwa razy próbowałam bacalau z grilla - owszem słone (bo dorsz jest suszony, ale i solony - sól konserwuje), ale czosnkowa posypka i barokuły regulują słoność ryby. Natomiast Carmo uraczyła nas dorszem wg własnego przepisu: dorsz był rozdrobniony, wymieszany z ziemniakami, cebulą, marchewką, sosem beszamelowym i zapieczony. Jak dla mnie bomba. Palce lizać. 

Kolejny rarytas, którym raczyliśmy podniebienia dzięki naszym portugalskim znajomym, nosi tajemniczą nazwę francesinha, czyli francuzeczka. Nazwa ta wiąże się z pewną historią, która ma kilka wersji. Podobno danie to stworzył pewien Portugalczyk przebywający w Paryżu. Będąc we Francji jadł często kanapki z frytkami i kiedy wrócił do Portugalii postanowił ugościć swoich znajomych jakimś daniem, które wiązałoby się z Francją. Ale ponieważ jego podboje kulinarne w tym kraju nie były zbyt wielkie, stworzył autorski przepis, sposobem w jaki gotuje się grochówkę (wszystkie resztki do gara). Więc ułożył chleb, na to warstwę szynki, na to przekrojoną kiełbaskę, na to mięso (takie jak na hamburgery), kolejna warstwa to znów szynka, na to górna cześć chleba. Ale to nie koniec. Na górę kładzie się ser oraz wbija się jajko. Całą rzecz chwileczkę się zapieka i okrasza frytkami oraz tajemniczym pikantnym sosem. Co najważniejsze nie jest to danie restauracyjne, lecz raczej barowe, więc najlepiej udać się z przyjaciółmi do baru i przy piwie zjeść takie mega-nie-zdrowe, ale za to przepyszne danie :)

 

Poza wymienionymi już Carmo i Fernando, nie mogę nie wspomnieć o Anie i Ricardo - wspaniałych ambasadorach CS, który sprawiają, że o ich mieście nie można powiedzieć nic złego. Ponieważ ostatniego dnia naszej podróży Ana pracowała, na wycieczkę po mieście zaprosił nas Ricardo. Ten człowiek spokojnie mógłby być licencjonowanym przewodnikiem po swoim mieście. Ma olbrzymią i bardzo ciekawą wiedzę o swoim mieście. Ricardo poświęcił nam cały dzień, podczas którego spacerowaliśmy po starym mieście, wspięliśmy się na najwyższą wieżę, aby podziwiać panoramę Porto w promieniach zachodzącego słońca oraz na życzenie Tylera poszliśmy na koleją wizytę w tym razem innej piwnicy win porto. Więcej o samym porto na stronie Tylera.

 

A więcej fotografii z pięknego Porto tutaj:

 

Porto
poniedziałek, 16 lutego 2009
Lizbona i jej delicje

Nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Przynajmniej nie takiego, jakiego się spodziewałam. Być może to sprawka pogody. Mimo, że temperatura wynosiła średnio 15 stopni, właściwie cały czas padało. Słońce łaskawie wyglądnęło tylko 2 lub 3 razy. Czas spędziliśmy głównie zwiedzając i odpoczywając. Poza imprezą sylwestrową i spotkaniem z Andre (pół Włoch, pół Portugalczyk odwiedzajcy rodzinę) właściwie nie mieliśmy kontaktu z couchsufrerami.

Jednak nie mogę być aż tak sceptyczna. Samo miasto jest wspaniałe. Miłośnicy sztuki, architektury i historii na pewno znajdą coś dla siebie. Zachwyca na pewno Alfama, o której słów kilka.

Alfama jest najstarszą dzielnicą Lizbony, zbudowaną na skalistym podłożu nad brzegiem Tagu. W okresie panowania Maurów obszar ten stanowił centrum miasta. Po przejęciu terenu przez chrześcijan stopniowo (w obawie przez trzęsieniami ziemi) zaczęto przeprowadzać się do innych dzielnic, w tym m.in. do Baixa. Alfama stała się wówczas dzielnicą zamieszkaną przez najniższą warstwę społeczną, m.in. rybaków. Jednak charakterystyczne położenie Alfamy przyczyniło się do tego, że w czasie wielkiego trzęsienia ziemi w 1755 roku zabudowania Alfamy przetrwały praktycznie w nienaruszonym stanie.

Na terenie Alfamy nie zachowała się zabudowa mauretańska, za wyjątkiem planu ulic, który przypomina stare dzielnice Maghrebu. Zabytki ulokowane są na obrzeżach Alfamy, są to m.in: Zamek św. Jerzego (zbudowany w czasach mauretańskich), katedra z XII wieku, kościół św. Antoniego i kościół św. Michała (Igreja de São Miguel).

Nie będę pisać więcej o zabytkach i ich historii. Choć to bardzo ciekawe i pochłaniające zajęcie, opisy takie znajdziecie w każdym przewodniku.

Spacerowanie po Lizbonie może czasem być męczące, szczególnie latem: spacer zamienia się w pokonywanie kolejnych wzgórz, co przy upalnej pogodzie może być nieco uciążliwe. Trudy zwiedzania na pewno zrekompensuje nam wyśmienita portugalska kuchania. Ja zaczęłam od słynnego bacalau, o którym jednak więcej w kulinarnym wpisie z Porto.

Muszę natomiast napisać o Pasteis de nata, czyli portugalskich ciastkach z Belém. Te pyszne ciastka znane są również pod nazwą "Pasteis de Belem" - od nazwy dzielnicy w Lizbonie, gdzie stoi klasztor Hieronimitów. To mnisi właśnie są twórcami słynnych na cały świat ciastek, ikony kuchni portugalskiej - choć zwyczaj posypywania gorących pasteis cukrem i cynamonem jest już późniejszy. Słynne portugalskie ciasteczko wypieczone jest z ciasta francuskiego w formie minitarty i wypełnione kremem przypominającym budyń o smaku waniliowym. Mniam... Poezja smaku...

fot. Katarzyna Kozak

 Podobno Pasteis de nata można kupić w formie morożonej w Biedronce. Koniecznie muszę udać się na poszukiwania.

 

Tymczasem polecam zapoznanie się z moimi fotografiami ze stolicy Portugalii.

 

Lizbona
wtorek, 20 stycznia 2009
Madryt

Postanowiłam już dłużej nie zwlekać i napisać o podróży do Hiszpanii i Portugalii. Jest o czym pisać, więc materiał podzieliłam na miasta. A było ich w zasadzie trzy, nie licząc dwóch małych maisteczek. W tym wpisie odcinek pierwszy, czyli Madryt.

 Nie mam zamiaru pisać o historii czy zabytkach Madrytu. To wszystko znajdziecie w przewodnikach lub w internecie. Skupię się na wrażeniu jakie wywarła na mnie Hiszpania i sama stolica. Była to moja druga wizyta w Hiszpanii (dwa i półroku temu byłam w Barcelonie), więc duch hiszpański nie jest mi całkiem obcy. Siesta, maniana, tapas i wino. Tym dla mnie była Hiszpania. I właściwie te pozytywne skojarzenia potwierdziły się.

Siesta jest nieodłącznym elementem codziennego życia. Uważam ją za wynalazek nadzwyczaj właściwy. Co ciekawe, mieszkańcy Hiszpanii zachowują siestę również w okresie zimowym, kiedy wcale nie jest gorąco. Być może kierują się jakimiś dodatkowymi względam,i niż niemożliwość pracy ze względu na upał. Najwyraźniej, skoro dziś i tak wszędzie znajdziemy klimatyzację. Taka przerwa w pracy między 14 a 17, kiedy Hiszpan wraca do domu, gotuje lanczyk, robi sobie drzemkę... jawi mi się jako coś równie przyjemnego, co nieosiągalnego w naszym kraju. Myślę, że Polska gospodarka nie może pozwolić sobie jeszcze na taką przerwę w produktywności.

Mnie ze siesty posostaje jedynie Siesta Cafe na Stolarskiej...

 Tapas i wino. Tak na prawdę trudno określić, czym jest tapas. Najprościej mówiąc to mała (choć nie zawsze) przekąska lub mały posiłek. Mogą to być np. oliwki z pieczywem, jakieś małe rybki marynowane z pieczywem, plastry suszonej szynki z krakersami... itp. Pycha. Oczywiście zawsze serwowane z czymś do picia. Szczególnie polecany jakiś rodzaj wina lub piwa. I w tym tkwi właśnie sekret mojego uwielbienia dla hiszpańskich barów. Możesz zarówno napić się i najeść, niekoniecznie robiąc sobie przerwę w piciu wyskakując na zapiekankę na Kazimierz albo kebaba na Grodzką.                                                                                          Z win miałam okazję spróbować rewelacyjnego wina z rejonu Ribera del Duero.

Jeśli już jesteśmy przy barach, warto napisać, że kiedy tak jesz, pijesz i gawędzisz ze znajomymi w takim zacnym przybytku przyjemności, dozwolone jest rzucanie śmieci (papierków, serwetek) na podłogę. Nikogo to nie zbulwersuje. Wręcz przeciwnie. Po ilości śmieci na podłodze można poznać, czy dana knajpa cieszy się powodzeniem. Osobliwe ;)

Słynne maniana (dosłownie jutro). Bezpośrednio się z tym nie zetknęłam, ale napiszę o poczuciu czasu. Jeśli umówisz się kiedyś z Hiszpanem na 15.00, możesz być pewien, że pojawi się on na miejscu między 15.15 a 15.45. Ale nigdy o 15. O 15 to on sobie przypomni, że się umówił z tym Polakiem, i zacznie się zbierać z domu. Nie wiem jak wy, ale ja jestem im w stanie tą niepunktualność wybaczyć (wygląda na to, że przekupili mnie winem i tapas).

Madryt jednak nie zachwycił mnie. Głownie dlatego, że jest miastem w dużej części barokowym, a ja do baroku żywię uczucia jakby to powiedzieć... ambiwalentne. Doceniam go za kunszt, ale zdecydowanie nie jest to moja estetyka. Pewnie część z was wie, że moim ulubionym stylem jest gotyk. Szczególnie gotyckie kościoły i katedry.

Dlatego między innymi z Madrytu pojechaliśmy na jednodniową wycieczkę do Segovii.

Ale o tym w kolejnym wpisie.

Zdjęcia z Madrytu i Segovii poniżej.

 

Hiszpania-Madryt
czwartek, 20 listopada 2008
Hiszpania Portugalia
I jeszcze jeden wpis dzisiaj. Wreszcie nadarzyła się okazja podróży do Portugalii, o której od dawna marzyłam. A dodatkowo lecę do Madrytu, więc zwiedzę też kawałek Hiszpanii. Plan jest taki: 26.12.2008 Katowice - Madryt > południowa Portugalia > Lizbona > Porto - Kraków 7.01.2009. Oczywiście po drodze będziemy pewnie nawiedzać również mniejsze miejscowości. Mam nadzieję, że uda się nam objechać cały wyjazd na CouchSurfingu. Jak na razie nocleg w Lisbonie już zaklepany. Wkrótce pożyczam przewodnik i zaczynam merytoryczne przygotowania do wyjazdu. Jeśli macie jakieś uwagi, propozycje trasy lub po prostu chcielibyście się czymś podzielić, czekam na komentarze.
Dziękuję też Ani, która już tak dużo dla nas zrobiła :)
środa, 13 sierpnia 2008
Słowacja

W ubiegłym tygodniu, czyli na początku sierpnia podróżowałam po Słowacji. Czas był to niezapomniany, a pomogą nie zapomnieć również zdjęcia.

 

Słowacja 2008

Być może jutro napiszę więcej o samym wyjeździe.
wtorek, 22 lipca 2008
Ciekawostki z Polski

Przemierzając południową Polskę w lipcu natknęłam się na prawdziwy cymes. Gdzieś w województwie świętokrzyskim dwoje ludzi w ramach resocjalizacji zamieszkało w przyczepie kempingowej. Od gminy dostali jeszcze maleńką drewnianą chatkę oraz ugorek. Aby czymś zająć biegnący nieubłaganie czas i pokazać, że się zmienili, zaczęli dłubać w drewnie. Kobieta uruchomiła wyobraźnię, wzięła stare, nikomu niepotrzebne stroje teatralne oraz inne bezużyteczne przedmioty i wyczarowuje z nich takie quazi-straszne, quazi-śmieszne kukły. Budzą mieszane emocje. Właściwie nie wiadomo czy się ich bać czy z nich śmiać.

W najciekawsze z nich wymierzyłam lufę obiektywu (tudzież stałam się częściowo celem).

 

 

 

 

 

 

Pani Młoda bardzo mnie wzruszyła, na trzecim zdjęciu jakiś "niby azjata", kolejne to jakiś niby Jimi Hendrix, a na końcu mój ulubieniec "Fotograf". Dodam jeszcze, że gdy tam byłam Pańśtwo mieli już 123 kukły. Gratuluję i czekam na więcej.

Stowarzyszenie CTA - Closer
to Asia CTA News - serwis prasowy
Stowarzyszenia CTA - Closer to Asia Click for Kraków, Poland Forecast Monika Burzyńska's Profile
Monika Burzyńska's Facebook profile
Create Your Badge