czwartek, 11 czerwca 2009
Aktualizacja - czerwiec 2009

Tak tylko, żebyście nie pomyśleli, że nie żyję. Przyznaję, zaniedbałam bloga. Działo się dość dużo od powrotu z Wietnamu. Głownie pochłaniały mnie wciąż studia, przyjaciele, a ostatnio również wybranek serca. No, ale on już wyprawiony za ocean. Więc będzie spokój ;) Na blogu natomiast umieściłam zegar odliczjący moje dni do wylotu. Tak, tak, dla tych co jeszcze nie wiedzą. 17 października 2009 lecę do Stanów, do San Francisco. Przezimuję tam. A co będzie na wiosnę, zobaczymy.

Prawie skończyłam już studia! Jeszcze tylko kilka egzaminów (niestety w ostatnim semestrze na UJ nie oszczędzają nam przyjemności zdawania ezgaminów). A jak już pozdaję, mam nadzieję się bronić. Licencjat, który właśnie piszę, a we wrześniu magisterkę, którą dopiero napisać zamierzam.

W międzyczasie w drugiej połowie lipca będę znów objeżdżać Chiny. Już mi ślinka cieknie na myśl o pysznym jedzonku.

Wracam już do pisania. Pozdrowienia.

sobota, 25 kwietnia 2009
Good morning, Vietnam!

Trochę wrażeń z Wietnamu.

 

Good morning, Vietnam!
Ciekawe Chiny

Chiny potrafią być bardzo ciekawe.  Zobaczcie sami.

 

ciekawe_Chiny
Dzieci w ChRL

Podpinam ciekawy wpis z bloga Wojtka S. "o dzieciach w Chinach".

 

Zacytuję też dane, które umieścił na blogu:

Z danych publikowanych przez Chińską Komisję Populacji oraz Planowania Rodziny wynika, że w 2008 roku było w Chinach 1 miliard 328 milionów 20 tysięcy Chińczyków.

Przyrost ‘netto’ w roku 2008 to 6.73 miliona osób (urodziło się 16.08 miliona dzieci, zaś zmarło 9.35 miliona Chińczyków). Tzw sex ratio czyli ilość rodzących się chłopców do rodzących się dziewczynek (w 2008 roku) to 120.56 chłopców na 100 dziewczynek (potwierdza to moje wcześniejsze wypociny - wszak większa część Chin to w dalszym ciągu tereny wiejskie).

środa, 18 marca 2009
Wystawa "16 godzin do Wschodu" - patronat CTA
poniedziałek, 16 marca 2009
Język jako zaklęcie - współczesna poezja chińska.

Już w środę 18 marca o godzinie 18 w Małopolskim Instytucie Kultury (ul. Karmelicka 27, III piętro) odbędzie się spotkanie liberackie którego tematem będzie: Język jako zaklęcie - współczesna poezja chińska. Tajwańska poetka i pisarka Lin Wei-Yun opowie o naturze języka chińskiego oraz o tym, jak jego specyfika wpływa na pisanie, odwołując się do przykładów współczesnej poezji w języku chińskim.

Więcej informacji tutaj.

Powrót na Daleki Wschód i Kampanie Społeczne

Poniedziałek, dokładnie tydzień do następnej podróży-pracy. Tym razem czeka mnie coś nowego, więc nie ukrywam lekkiego podekscytowania, ale też mobilizującego stresu. Otóż, obok znanych mi już Chin, jadę też do Wietnamu i Bangkoku w Tajlandii. Bardzo się cieszę, że dostałam szansę odkrycia nowych miejsc na moim ulubionym Dalekim Wschodzie. Zaczynam czytać i przygotowywać się do Wietnamu i Tajlandii. Cieszę się, bo poczuję we włosach wiatr trochę innego Orientu, powieje trochę innym rodzajem świeżości.

Jeszcze w tym tygodniu napiszę ciekawostki, jakich doszukam się o mojej nowej destynacji.

Tymczasem trafiłam dziś na ciekawą stronę: http://www.kampaniespoleczne.pl Jest to "pierwszy w Polsce portal o komunikacji, która zmienia świat na lepszy". Każdy z nas jest członkiem społeczeństwa, kominukuje się, ma na codzień do czynienia z mass mediami. Ale trzeba zrobić krok dalej, aby dostrzec, co komunikacja może zrobić, aby uczynić świat lepszym.  Portal http://www.kampaniespoleczne.pl informuje o takich właśnie nowinkach i społecznych inicjatywach z całego świata. Kampanie społeczne uporządkowane są wg krajów, co znacznie ułatwia szukanie. Ciekawym aspektem portalu jest pewna doza subiektywizmu: nie brakuje ocen poszczególnych akcji. Bowiem zdarzają się również kampanie nietrafione.

Polecam.

niedziela, 22 lutego 2009
Potęga architektury w Korei

W 1238 roku podczas mongolskiej inwazji na Koreę zniszczona została ogromna pagoda. Po niespełna ośmiuset latach postanowiono uczcić dawny obiekt kultu. Powstał Gyeongju Tower - wieżowiec z wycięciem w kształcie buddyjskiej pagody.

W X wieku n.e. królestwo Koryo stało się dominującą siłą w regionie Półwyspu Koreańskiego. Co ciekawe jego nazwa stanowiła podstawę dla angielskiego a co za tym idzie również polskiego słowa Korea. Po mongolskiej inwazji i 25 latach walk, władcy królestwa zostali zmuszeni do kapitulacji. Długotrwała wojna przyniosła krajowi wielkie spustoszenie. Zniszczenia nie ominęły wielu buddyjskich miejsc kultu jak Hwangryongsa, której nazwę możemy przetłumaczyć jako Świątynia Żółtego Smoka

W hołdzie historii

Azjatyckie obiekty kultu budowane były zwykle jako ośmioboczne wieże o ściśle określonej, symbolicznej liczbie pięter. Reprezentowały one przekształcenie wszystkich żywiołów i emocji w oświeconą mądrość. Budynek powstały z okazji odbywającej się 2007 roku w Gyeongju Światowej Wystawy Kulturalnej nawiązuje w nietypowy sposób do dziewięciopiętrowej pagody z VI wieku n.e., będącej częścią Hwangryongsa. Wycięcie w bryle budynku stanowić ma bramę łączącą przeszłość z przyszłością.

Symbol miasta

Władze Gyeongju widzą w budynku nowy symbol miasta i doskonały wabik na turystów. Dodatkową atrakcją ma być ulokowane na dachu obserwatorium oraz codzienne pokazy laserowe.

Źródło: www.bryla.pl
sobota, 21 lutego 2009
Chinki pod nożem, czyli skalpel może uczynić cuda
Chiny wychodzą na prowadzenie w wielu dziedzinach gospodarki. Przodują także w rozwoju hirurgii plastycznej. Przemysł "poprawy urody" wart jest tam rocznie ponad 2,5 mld USD. Ale biznes ten ma też swoje złe strony. Corocznie ogromne ilości Chinek dobrowolnie poddają się okropnym cierpieniom, aby  wyglądać choć troszkę bardziej zachodnio. Największy szpital hirurgii plastyczniej w Shanghaiu podaje, iż z roku na rok ilośc kobiet poddających się tego typu operacjom wzrasta o 45%. W okresach świątecznych dziennie do szpitala zgłasza się 80-90 mieszkanek Państwa Środka w wieku 25-45 lat. Do najpopularniejszych operacji zaliczyć można: dorabianie drugiej powieki (czyli usuwanie znad oka naturalnej warstwy tkanki tłuszczowej, którą posiada rasa żółta), kształtowanie owalu twarzy (operacje nosa, brody i policzków) oraz powiększanie piersi, wcięcia w talii i majstrowanie przy kościach ud.
Bogacące się Chinki mogą pozwolić sobie na takie zabiegi. Właśnie liczba mnoga jest tu dość charakterystyczna, gdyż prawie nigdy nie kończy się na jednym zabiegu. Pewna tajwańska aktora ma już na koncie 25 operacji. Na filmie poniżej wylicza z resztą które części ciała i ile razy dała sobie poprawić.
Już od dawna wiadomo, że Chinki chętnie wybielają sobie skórę. Trzeba się w Chinach natrudzić, żeby kupić kosmetyk, który nie zawiera składników wybielających. Ale skoro społeczeństwo się bogaci, to i chętne na operacje plastyczne się znajdą.
 
 
piątek, 20 lutego 2009
Urocze Porto

O Porto mogę mówić i pisać dużo. Ale postaram się ciekawie.

Na poczatek trochę historii: Porto, znane również jako Oporto, jest miastem w północnej Portugalii posiadającym ok. 263 tys. mieszkańców. Porto leży u ujścia rzeki Douro do Oceanu Atlantyckiego. Pierwsze wzmianki o mieście pochodzą z V w. Od ówczesnej nazwy miasta wywodzi się nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"). Wystarczy, miało być ciekawie.

Rozpocznę zatem od naszej przygody z noclegiem. Otóż, będąc jeszcze w Lizbonie staraliśmy się znaleźć nocleg w Porto przez CouchSurfing. Niestety nawet po umieszczeniu tzw. last minute couch nie dostaliśmy odpowiedzi. Jedak nie daliśmy za wygraną, bilety już kupione, więc i tak jedziemy do Porto. Bardzo chcialiśmy spędzić tam kilka dni, tym bardziej, że nasz lot powrotny kupiliśmy właśnie z Porto.

Wiara w pomyśly obrót spraw zadziałała. Będąc już w pociągu dostaliśmy wiadomość, że mamy nocleg (przynajmniej na jedną noc). Mogliśmy więc odetchnąć i podziwiać portugalskie krajobrazy za oknem. Pewnie skoro sami podróżujecie nie zdziwi was stwierdzenie, że "Polacy są wszędzie", że gdziekolwiek pojedziemy, zawsze spotkamy rodaków. I wyobraźcie sobie, że w tym pociągu, tuż obok nas jechali... Polacy. Zawsze jednak mnie to dziwi, pociąg był jednym z wielu, dzień jak każdy inny, a Polak zawsze się znajdzie, nawet na drugim końcu kontynentu.

Jednak to nie koniec niespodzianek. Gdy dojechaliśmy do Porto, udaliśmy się metrem na umówioną stację. Nasz host Fernando miał tam na nas czekać. Więc, wysiadamy i udajemy się wprost w grupę młodych ludzi stojących na stacji. A tu nagle, już gdy go mijaliśmy Fernando nas dosłowienie "łapie" i wita się z nami. Nie byłoby w tym nic dzienego, ale z reguły korzystając z idei couchsufringu spodziewać się można młodych, aktywnych, otwartych na świat, kochających podróże ludzi. Dlatego zaskoczeniem było dla nas ujrzenie dojrzałego człowieka ok. 60tki.  Jadnak wiek w przypadku naszego gospodarza był bardzo złudny. Fernando okazał się mieć serce na dłoni. Nie dość, że pozwolił nam zostać u siebie 5 dni (przy okazji jedną noc nocował jeszcze chorwacką parę, a sam spał na podłodze na materacu), okazał się być guru couchsurfingu w Porto. Przede wszystkim został naszym przewodnikiem i opiekunem. Jak sam powiedział, swoje życie oddał idei CS. Bycie hostem traktuje jako swoją pracę. Swoim gościom oferuje nie tylko nocleg, ale i wikt i opierunek, a co więcej jest przewodnikiem po swoim uroczym mieście. Oczywiście może sobie na to pozwolić, gdyż mieszka sam i jest na emeryturze.

Co jeszcze zrobił dla nas nasz wspaniały Fernando? Zabrał nas do piwnic ze słynnym winem Porto, gdzie mogliśmy degustowac wina do woli, a po wyjściu kołysaliśmy się lekko na nóżkach. Potem pokazał gdzie dobrze zjeść.

No i właśnie o jedzeniu chciałabym teraz napisać.

W czołówce uplasoweły się 3 dania. Na początek unikatowe miejsce, do którego zabrał nas gospodarz. Po prostu sardynki, ale.... nie takie, jakie kojarzycie z puszki. Prawdziwe, świeże sardynki z grilla są znacznie większe. W okolicach Porto, nad Atlantykiem znajduje się małe rybackie miasteczko Matosinhos, które słynie z wyśmienitych sardynek. Nie ma chyba nic lepszego na świecie niż świeża ryba z grilla i równie świeża sałata oraz wino i oliwki. Po prostu palce lizać. To wszystko w malutkiej rodzinnej restauracyjce i w przystępnej cenie. (zdjęcia z tej uczty w galerii poniżej).

Kolejna potrawa związana jest z ludźmi, których poznaliśmy w Porto. Fernando poznał nas z Carmo, miłą dziewczyną, która w couchsurfingu stawiała pierwsze kroki. Carno poznała nas też ze swoimi przyjaciółmi Olgą i Hugo oraz dołączyli do nas tego wieczoru również ambasadorzy cs z Porto Ana i Ricardo. Nasza nowa znajoma postanowiła ugościć nas na dinner party wspaniałym bacalau. Bacalau  (czyt. bakalału) to suszone płaty dorsza, które spożywa się w Portugalii na setki sposobów. Ja dwa razy próbowałam bacalau z grilla - owszem słone (bo dorsz jest suszony, ale i solony - sól konserwuje), ale czosnkowa posypka i barokuły regulują słoność ryby. Natomiast Carmo uraczyła nas dorszem wg własnego przepisu: dorsz był rozdrobniony, wymieszany z ziemniakami, cebulą, marchewką, sosem beszamelowym i zapieczony. Jak dla mnie bomba. Palce lizać. 

Kolejny rarytas, którym raczyliśmy podniebienia dzięki naszym portugalskim znajomym, nosi tajemniczą nazwę francesinha, czyli francuzeczka. Nazwa ta wiąże się z pewną historią, która ma kilka wersji. Podobno danie to stworzył pewien Portugalczyk przebywający w Paryżu. Będąc we Francji jadł często kanapki z frytkami i kiedy wrócił do Portugalii postanowił ugościć swoich znajomych jakimś daniem, które wiązałoby się z Francją. Ale ponieważ jego podboje kulinarne w tym kraju nie były zbyt wielkie, stworzył autorski przepis, sposobem w jaki gotuje się grochówkę (wszystkie resztki do gara). Więc ułożył chleb, na to warstwę szynki, na to przekrojoną kiełbaskę, na to mięso (takie jak na hamburgery), kolejna warstwa to znów szynka, na to górna cześć chleba. Ale to nie koniec. Na górę kładzie się ser oraz wbija się jajko. Całą rzecz chwileczkę się zapieka i okrasza frytkami oraz tajemniczym pikantnym sosem. Co najważniejsze nie jest to danie restauracyjne, lecz raczej barowe, więc najlepiej udać się z przyjaciółmi do baru i przy piwie zjeść takie mega-nie-zdrowe, ale za to przepyszne danie :)

 

Poza wymienionymi już Carmo i Fernando, nie mogę nie wspomnieć o Anie i Ricardo - wspaniałych ambasadorach CS, który sprawiają, że o ich mieście nie można powiedzieć nic złego. Ponieważ ostatniego dnia naszej podróży Ana pracowała, na wycieczkę po mieście zaprosił nas Ricardo. Ten człowiek spokojnie mógłby być licencjonowanym przewodnikiem po swoim mieście. Ma olbrzymią i bardzo ciekawą wiedzę o swoim mieście. Ricardo poświęcił nam cały dzień, podczas którego spacerowaliśmy po starym mieście, wspięliśmy się na najwyższą wieżę, aby podziwiać panoramę Porto w promieniach zachodzącego słońca oraz na życzenie Tylera poszliśmy na koleją wizytę w tym razem innej piwnicy win porto. Więcej o samym porto na stronie Tylera.

 

A więcej fotografii z pięknego Porto tutaj:

 

Porto
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Stowarzyszenie CTA - Closer
to Asia CTA News - serwis prasowy
Stowarzyszenia CTA - Closer to Asia Click for Kraków, Poland Forecast Monika Burzyńska's Profile
Monika Burzyńska's Facebook profile
Create Your Badge