wtorek, 20 października 2009
Lot i immigracja

11000 metrów nad ziemią, nad północnymi krańcami Wielkiej Brytanii, nad Islandią i południową Grenlandią, kanadyjskim półwyspem Labrador, Zatoką Hudsona, Ontario oraz nad kilkoma amerykańskimi stanami... tam w górze myślałam o przygodzie, która mnie czeka. O nowym mieście, nowym domu, nowych znajomych, nowych smakach, zapachach, zwyczajach... i o kimś znanym, kto czeka.

Kiedy samolot obniżył wysokość na tyle, że ujrzałam Zatokę San Francisco, a za chwilę wieżowce downtown, gwałtownie podskoczyłam w fotelu z radości, a na mojej twarzy wymalował się ogromny uśmiech. Pozwoliłam sobie na tą erupcję radości, o którą tak ciężko było tuż przed wyjazdem, kiedy mówiłam "do zobaczenia" wszystkim przyjaznym duszyczkom.  Młoda Niemka siedząca obok zapytała czy wszystko w porządku. Odparłam, że jak najbardziej, tylko cieszę się tak bardzo, ponieważ już od roku chciałam przylecieć do tego miasta, a teraz właśnie nadchodzi moment, w którym marzenia się spełniają. Moja radość trwała jednak dość krótko. Gdy tylko poczułam lekkie szarpnięcie poprzedzone małym zakołysaniem samolotu, które oznaczało, że podwozie spotkało się z twardym, asfaltowym podłożem, przywołałam do siebie myśl, która natychmiast oddaliła radość. Czekało mnie bowiem starcie z Immigration Office, które stanowi wyrocznię określającą długość pobytu w Stanach obywateli "drugiej kategorii" za jakich uważani są Polacy, tacy sami obywatele UE jak Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie, których jednak o nic się nie pyta. Miałam pewność, że zostanę wpuszczona, ponieważ mam wizę turystyczną. Jednak najważniejszą sprawą było dla mnie, kiedy będę musiała Stany opuścić. W Polsce dowiedziałam się, że jednorazowa wizyta nie może przekroczyć sześciu miesięcy, dlatego bilet powrotny kupiłam tak, żeby zmieścić się w tym okresie. Tuż po wyjściu z samolotu udałam się grzecznie w stronę bramek z napisem "Visitors". Postanowiłam już wcześniej, że jeśli będzie się dało, ustawię się do bramki w której obsługiwać będzie biały mężczyzna, ku mojemu zdziwnieniu jednak wszystkie stanowiska obsadzone były azjatami. Trudno - pomyślałam -  czas stawić czoła przeznaczeniu ( a raczej  "widzi mi się" jakiegoś funkcjonariusza Immigration Office). Moja kolej. Po zwyczajowym "How are you?". Zostałam ostrzelona serią pytań w stylu: w jakim celu przyjechałam, na jak długo, co będę tu robić, do kogo przyjechałam, itp. Kiedy oznajmiłam, że mam bilet powrotny za 6 miesięcy, wzbudziło to oczywiście podejrzenia. Nastąpiły pytania o środki na utrzymanie, ile mam gotówki. Ja na to, że i gotówka i pieniądze na koncie. Były też pytania o to, czym się zajmuję, czy mam umowę o pracę. Odpowiadałam tylko na te pytania, które zadawał. Postanowiłam nic więcej nie opowiadać, żeby się przypadkiem w coś nie wkopać. Jednak chyba długość pobytu już na początku niezakwalifikowała mnie do szybkiego i łatwego wjazdu na teren USA. Zostałam odesłana do tzw. Secondary, które jest jak podejrzewam wyższą instancją. Secondary okazało się być niewielkim pokoikiem z poczekalnią i trzemia biurkami, przy których siedzieli oczywiście azjaci. Ale był też jeden biały :). Poproszono mnie jednak o podejście do jednego z tych azjatów, jak się potem okazało Chińczyków. I tu zaczęła się druga runda pytań. Właściwie na pczątku odpowiadałam na te same pytania, ale starałam się pogłębić odpowiedzi. Tak, teraz już zaczęłam się ratować. Kiedy padło pytanie o powniądze zostałam poproszona o pokazanie kart bankowych. Opowiedziałam też o tym, że studiuję, że jestem pilotem wycieczek i przewodnikiem. Zagrałam dobrą nutę. Zaczęłam opowiadać o Chinach. A pan na to: "你会说中国话?“。 Ja:"一点。" A on na to zwrócony do kolegi: "他会说中国!“ (w wolnym tłumaczeniu: "Czy umiesz mówić po chińsku?" Ja: "Troszkę." A pan do kolegi: "Łał, ona umie mówić po chińsku.") No i zrobiło się miło :) Pan jeszcze zapytał gdzie się uczyłam. Powiedziałam, że w Polsce. Pomyślałam wtedy: skoro doprowadziłam go do śmiechu, musi mi dać te sześć miesięcy. Ale to nie był jeszcze koniec. Na wypełnionym w samolocie formularzu I-94 wpisałam adres rodziców Tylera oraz jego nr tel. Chińczyk poprosił o napisanie imienia i nazwiska tej osoby. Zapytał czy to on czy ona. Czy czeka na mnie na laotnisku? Poprosił, żebym usiadła (jakieś 5 metrów dalej). I wykręcił numer do Tylera. Zadał mu kilka pytań. Łącznie z tym czy jest moim chłopakiem (ja wcześniej zdeklarowałam, że to mój przyjaciel, a że chłopaka mam w Polsce - ach będę się w piekle smażyć za te kłamstwa, no ale to w słusznej sprawie). Pytał jeszcze czy Tyler będzie ze mną podróżował czy nie. Ja siedziałam z boku słysząc wszystkie pytania i modląc się, żeby odpowiedzi były takie same jak moje (nie byliśmy przygotowani na taki obrót spraw), wierzyłam jednak, że Tyler będzie wiedział, co mówić. Chińczyk skończył rozmawiać, pogrzebał jeszcze w papierach i dostrzegłam, że przybija pieczątkę. Pomyślałam: "chwila prawdy". Zostałam poproszona o podejście do biurka. Chińczyk wręczył mi paszport mówąc: "Nie dłużej niż sześć miesięcy". Moja radość nie miała granic. Dostałam pozwolenie na legalne pół roku w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Myślicie, że to już koniec opowieści? Dle mnie to nie był koniec.

Poszłam odbierać bagaż. Czekałam i czekałam. Jechały różne walizki, ale nie moje. Wokół kręcił się Chińczyk z psem rasy beagle obwąchującym bagaże. Pomyślałam: "Pięknie, pewnie zaraz wywącha kiełbasę, którą wiozę z Polski". Po jakichś dwudziestu minutach przyjechały moje walizki. Odetchnęłam, bo myślałam już, że będę musiała zgłaszać zaginięcie bagażu. Załadowałam walizki na wózek i pomknęłam ku wyjściu. Ale miałam jeszcze deklarację celną w ręce, więc coś mi nie pasowało. Jednak nieopodal czekał Meksykanin i odbierał te deklaracje. Myślałam, że to tylko formalność, a on mi jeszcze zadaje pytanie, po co przyjechałam. Odparowałam mu, że jestem studentką, pilotką i przewodniczką, bo już miałam dość tych pytań. To wystarczyło... Przepuścił mnie bez szemrania.

Kilkadziesiąt metrów dalej czekał na mnie On. Radość nie miała końca.

Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Na lotnisku przez chwilę czułam się jak w Chinach. Nawet napisy były w krzakach, obok angielskich.

wtorek, 13 października 2009
San Francisco: miasto samobójców, miasto opanowanego chaosu

Nie padła jeszcze na blogu nazwa miejsca, do którego rzuca mnie los. Zatem niech światło dzienne ujrzy: San Francisco.

Ciekawość wodzi mnie za nos. Zaczynam wczytywać się w utrwalone o nim opinie. Lecz z lekką rezerwą. Bowiem grają we mnie dwie odmienne melodie. Dwie różne postawy. Czy powinnam świetnie przygotować się merytorycznie do przygody? Czy raczej nie zawracać sobie tym głowy i na bieżąco po przylocie zadomawiać się i spontanicznie odkrywać miasto? Jednak coraz bardziej przemawia do mnie opcja wypośrodkowana. Trochę przygotowania i nieco spontaniczności.

Na początek odkryłam, że San Fran to miasto samobójców. Mimo, że w mieście to wielki temat tabu, most Golden Gate słynie jako doskonałe miejsce do odebrania sobie życia. W Stanach samobójstwo popełnia się co 18 minut. W San Francisco pewnie nadrabia statystyki reszty stanów. Prawie co tydzień ktoś skacze z mostu.

Drugi epitet jakim można opisać San Francisco to "miasto opanowanego chaosu". Swoje miejsce znalazło tutaj wiele nacji, orientacji i wyznań. Są piękne, wielkie parki, dzielnica finansowa z drapaczami chmur, wiktoriańskie domy, podmiejskie osiedla spokoju. Jest tu wszystko.

Już nie mogę się doczekać. Samolot w sobotę, 17 października 2009.

niedziela, 11 października 2009
Walizki i stres

Przyniosłam walizkę. Na razie jedna, choć zabieram dwie. Usiłuję napisać listę rzeczy "Do zrobienia" przed wyjazdem. Ciąglę coś do niej dopisuję. Ustalam sprawy priorytetowe. Oraz te, które mogą jeszcze poczekać dzień, dwa. Wciąż jeszcze nie zajęłam się przygotowaniem merytorycznym do zwiedzania miasta i życia w nim. Wciąż to odkładam. Pewnie będę czytać w tuż przed lotem.

Po cudownym piątku, kiedy to przyjaciele przybyli powiedzieć "do zobaczenia", oraz sobocie, kiedy kontynuowałam rozrywki towarzyskie, w niedzielę na prawdę poczułam, że zbliża się wyjazd. Czuje to przede wszystkim mój żołądek, który dziś odmówił współpracy. Chyba staram się oszukać samą siebię i udawać, że jeszcze strasznie dużo czasu i nie muszę się jeszcze o nic troszczyć. A przede wszystkim wmiawiam sobie, że to bułka z masłem i wcale się nie denerwuję. Prawda jest taka, że w równym stopniu towarzyszy mi ekscytacja, co obawa. Takie fifty-ffty. Wciąż jeszcze sen z powiek spędzają porządki pokoju. Mam za sobą na razie mniejszą połowę.

piątek, 09 października 2009
Północ, południe

Przed wyjazdem postanowiłam zobaczyć jeszcze dwa upragnione miejsca, których dawno nie odwiedzałam. Południe i północ, Tatry i Bałtyk. Udało się. Efekty poniżej.

Sentymentalnie powiedzieć mogę: no bo nie wiem, kiedy będę mieć znów okazję tam pojechać. No właśnie, brzmi jakoś tak tkliwie. Najlepiej powiedzieć, że chcę znów szybko tam się znaleźć. Jak najszybciej, lecz na razie inne góry i inne wody zdobywać będę.

 

czwartek, 08 października 2009
Zmiany

Będzie o zmianach. Każdy ich doświadcza, są nieodłącznym elementem życia. Czasem dzieją się bez naszej zgody, bez naszej wiedzy, a czasem sami je powodujemy, świadomie lub nie. Można je lubić, można pałać do nich z zasady odrazą. Mogą być na lepsze albo na gorsze.

Będzie o zmianach świadomych. Bywa, że coś nam nie pasuje, więc to zmieniamy. Otoczenie, sytuację, przyjaciół. A nawet i siebie. Pracujemy nad sobą. Zmieniamy, chcemy być inni, bo wydaje nam się, że co inne, to lepsze.

Będzie o zmianach dobrowolnych. Zmiany czasem są na nas wymuszone. Ktoś lub coś wywiera na nas taką presję, że musimy siebie lub coś innego zmienić. Czasem zmieniamy na lepszy model, ale czasem ten lepszy, psuje się tak samo jak ten poprzedni. Więc nic nam po takiej zmianie, tylko rozpacz jeszcze większa.

Będzie o zmianach naturalnych. Naturalnie zmieniają się pory roku. Świadomie (no bo się wie, że po zimie przychodzi wiosna), dobrowolnie (nikt nie każe latu odchodzić, samo jakoś wybrzmiewa) no i naturalnie, bo taka właśnie ich natura.

Będzie o zmianie świadomej, dobrowolnej i naturalnej. Taka jest moja zmiana.

W zasadzie nic wielkiego, chodzi jedynie o zmianę miejsca zamieszkania. Jednak dla mnie to WIELKA sprawa, wielka zmiana. Zmieni się bardzo wiele. Począwszy od kontynentu, pogody, ukształtowania geograficznego, przez wielkość miasta, różnorodność jego mieszkańców, na jedzeniu i mieszkaniu kończąc. Zapewne po drodze znajdzie się jeszcze tysiące rzeczy, które się zmienią. Mam nadzieję, że uda mi się je opisać.

Wreszcie zmieni się życie. Sześć ostatnich lat spędzonych na studiach, dyplomy, praca - to wypełniało mój czas dotychczas. A jaka zmiana teraz? Mam nadzieję, że od tej pory będę czytać te książki, które wybiorę z własnej woli, a nie te, które trzeba czytać z powodu studiów. To tak na początek, mała zmiana, która jednak bardzo cieszy.

środa, 23 września 2009
Kolejny mały apdejt

Wszystko się kiedyś kończy, jak to mówią. Studia też się kończy (wcześniej czy później). Moja godzina zero wybije w poniedziałek 28.09.2009. Miejmy nadzieję, że po ataku nastąpi obrona, a po niej zwycięstwo. I tak wszystko, co dobre (po sześciu latach) się skończy. Ale... nie ma to tamto. Zacznie się coś o wiele ciekawszego ;) O czym na pewno do poczytania będzie na blogu. Nie zdecydowałam jeszcze, czy na tym czy na jakimś nowym. Lecz z pewnością słowem i obrazem pokażę, czym zaskoczy a czym rozczaruje miasto siostrzane.

poniedziałek, 14 września 2009
small update

Z moich ostatnich dokonań:

- licencjonowana kulturystka.... ughhh.... nie.... kulturo... znawczyni :) licencjat ze studiów azjatyckich (mówcie do mnie potrójnie licencjonowana, hihi)

- prawie napisana magisterka

A fotograficznie:

- 70. rocznica wybuchu WWII

- demonstracja anty-putinowska

- drzewa na Błoniach

 

czwartek, 06 sierpnia 2009
Chiny lipiec 2009 - Całkowite zaćmienie słońca
Chiny-zaćmienie 2009
sobota, 20 czerwca 2009
Superfajny filmik o San Fran ;)

Zaczęłam przeszukiwać te filmiki Lonely Planet i znalazłam taki, który przebił całą resztę. I nawet nie dlatego, że sami wiecie "San Fran", ale po prostu czadersko zrobiony ;)

 

 

Kraków oczami Lonely Planet

Bardzo ciekawy, prawie idealnie ścisły filmik promujący miasto. Oby było takich więcej.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Stowarzyszenie CTA - Closer
to Asia CTA News - serwis prasowy
Stowarzyszenia CTA - Closer to Asia Click for Kraków, Poland Forecast Monika Burzyńska's Profile
Monika Burzyńska's Facebook profile
Create Your Badge