niedziela, 22 listopada 2009
polska kultura kawy vs. amerykański kult kawy

Kawa. Przez wielu uwielbiana. Inni z jej powodu zrujnowali sobie Zdowie. Niezaprzeczalnie jeden z najpopularniejszych napojów świata. Jedna z najpopularniejszych używek i główne źródło kofeiny. Działa pobudzająco i orzeźwiająco, przyśpiesza przemianę materii i zwiększa sprawność myślenia. Przywieziona została do Europy z Bliskiego Wschodu w XVI wieku. Spopularyzowana na większą skalę w wieku XVII trafiła na salony całego starego kontynentu. Natomiast pierwsza kawiarnia na nowo odkrytym lądzie rozpoczęła działalność w 1670 roku.

Od tamtego czasu rozwój kultury kawy na obu kontynentach, według moich obserwacji, nie przebiegał równolegle. Co skłania mnie do takich wniosków? Obserwacje.

Jak pijemy kawę w Polsce? Pijemy ją w kawiarni. To pierwsze. Po drugie, pijemy ją z zazwyczaj ładnej filiżanki, lub jeśli jest to latte – z wysokiej szklanki. Po trzecie: pijemy ją z przyjaciółmi, znajomymi, czasem z kimkolwiek. I ten ludzki element jest bardzo istotny. Ponieważ kawa jest jakby dodatkiem, pretekstem lub tylko elementem czegoś większego. A to coś, to spotkanie z drugim człowiekiem, rozmowa, zwierzenia, dyskusja, czy omówienie jakiś bieżących spraw lub planów. Kawa jest tylko pretekstem. Jeśli pytamy kogoś: „Idziemy na kawę?” lub mówimy: „Umówmy się na kawę”, to nie o picie kawy nam chodzi. Chodzi nam o spotkanie z drugim człowiekiem, akt towarzyski, socjalizację.

Natomiast w Ameryce kawę pije się inaczej. Pewnego razu postanowiłam podczas spaceru ze znajomymi skosztować (jak mi zasugerowano) najlepszej kawy, w co najmniej, tej dzielnicy (Mission). Wchodząc do tej kawiarni otworzyłam szeroko oczy, a dolna szczęka zawisła w geście zdumienia i rozpaczy zarazem (tak zwany karpik). 95% ludzi obecnych w tej kawiarni (to słowo wydaje mi się w tym przypadku głębokim nadużyciem, co najwyżej mogę posłużyć się słowem kawownia), tak więc większość ludzi siedziało ze swoimi laptopami, w przeważającej mierze Macami. Zaczytani, zasłuchani (ze słuchawkami w uszach), niedostępni, nieobecni. Nikt z nikim nie rozmawia. Byłam w szoku. Nikt w Ameryce nie przychodzi na kawę do kawiarni, żeby pogadać. Poczułam się nieswojo, usiedliśmy przy stoliku z naszymi kawami i nawet głupio było rozmawiać, śmiać się i komentować, bo było tak cicho. Wydawało mi się, że przeszkadzam tym ludziom. Wszystko przez darmowe Wi-Fi w kawiarniach. Wielu ludzi pracuje on-line i żeby nie siedzieć w domu, wychodzą z pracą do kawowni, żeby tak jak inni, popracować razem, ale osobno. Na prawdę, nikt w kawiarni nie rozmawia przy kawie. Jeśli już zdarzy się ktoś, kto nie przywlókł akurat laptopa, to na pewni ma w ręku książkę i czyta. (na marginesie w SF czyta się bardzo dużo książek). A jeśli chodzi o samą kawę, to z reguły nie można dostać kawy w filiżance, bo to nieekologoczne (detergenty, których używa się do mycia w zmywarkach uwalniają dużo chemikaliów do środowiska) L Teraz serwuje się kawę w kubkach papierowych z recyklingu, które ulegają kompostowaniu. Nakrywki do kawy są z plastyku i trzeba je wrzucić do innego pojemnika.

Więc jeśli już ktoś kupi kawę „to go”, w papierowym kubku, zazwyczaj pędzi dalej. Współczesny człowiek jest ciągle w biegu i nawet kawę pije w metrze, w samochodzie (istotnym elementem każdego auta są „cupholders” – uchwyty na kubki), lub idąc do pracy.

A ja na to: niech żyją krakowskie kawiarnie. Niech żyje Prowincja. Niech żyją maleńkie, nieturystyczne, lokalne kawiarenki na Kazimierzu. Niech żyje picie kawy z przyjaciółmi. Niech żyje picie kawy, w którym nie chodzi o kawę.

Poniżej zdjęcia z owego wspomnianego wcześniej miejsca z najlepszą kawą, Philz Coffee. Kawa rzeczywiście bardzo smaczna, co nie zmienia powyższego.


philz coffee
wtorek, 17 listopada 2009
Nie mam pojęcia jak nazwac ten wpis

 

Jutro mija miesiąc. Trudno mi w to uwierzyć, ale chyba powinnam. Nie wiem nawet kiedy upłynął miniony tydzień. Życie nabiera tempa. Dotychczas byłam do tego przyzwyczajona. Tutaj  mimo wszystko zaczynam coraz częściej koncentrować się na tak zwanym "tu i teraz". Jest ku temu wiele okazji i odpowiednie towarzystwo.

Pojawia się coraz więcej ludzi. Ostatnio musze przyznać, coraz więcej rodaków. Przed wyjazdem zupełnie się tego nie spodziewałam. Tymczasem w przeciągu kilku dni stałam się częścią wspaniałego towarzystwa, które samonapędzając się zapewnia szereg rozrywek. Nazwaliśmy się "Diamond Height Social Club", gdyż nasza kwatera głowna mieści się właśnie na diamentowych wzgórzach, które zapewniają wspaniały widok na San Francisco. Co prawda, niektórzy członkowie postulowali zmianę nazwy stowarzyszenia na "Diamond Height Drinking Club", ale jednak postanowiliśnmy zostać przy socjalizacji i zachować bardziej oficjalną formułę klubu.

Łączy nas pasja, nie tyle do picia (aczkolwiek lampka wina i degustacja serów również nam się zdarza), ile fotografia i podróże, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Poza tym lubimy zwiedzanie, poznawanie nowych rzeczy oraz popołudnia w Albatrosie ;)

Ruchem jednostajnym przyspieszonym rozkochuje się w mieście i kokieteryjnie przynam rozkochuję miasto w sobie. Rozkochuję i rozkoszuję się jego różnorodnością, wielowymiarowością, magią, dziwnością. Zaczynam być bardzo wyczulona na rzeczy, które mnie totalnie irytują (a o których jeszcze napiszę), ale i bywam zaskoczona i zauroczona rzeczami, które potfaią być bardzo funkcjonalne i pomocne. Dziwna ta Ameryka bywa czasem. Na pewno nie jest to sielnaka, jak się może niektórym osobom wydawać. Tutaj w jednej chwili możesz mieć wszystko, a w drugiej wszystko stracić. Wczoraj byłeś kimś, dziś budzisz się pod momstem. Jest to kraj wielkich marzeń, jednak nie wszystkim udaje się je realizować; wiele osób zmaga się z dniem codziennym, marzenia zostawiając na później.

Ja uważam się za szczęściarę. W przeciągu jednego tygodnia zmieniło się moje życie. Wystarczyło tylko trafić na odpowiednich ludzi.

_______________________________________________________________________________

 

Tęsknię za Krakowem.  Tęsknię za Wami wszystkimi. Bo część siebie zostawiłam w moim mieście.

_______________________________________________________________________________

 

Wktórce pojawią się nowe zdjęcia. Na razie często bywam zajęta, otoczona przez kwiaty.

poniedziałek, 09 listopada 2009
Polonia

Szybko odnalazłam swoich w mieście. A raczej zostałam odnaleziona. Dzięki Marcinowi.

W piątek poszliśmy na comiesięczne spotkanie Polinii z Bay Area. Świetne spotkanie, przyjemna impreza, uwieńczona tańcem na parkiecie, odbyła się w klubie Medjool na Mission St. Cudownie było zobaczyć rodaków, porozmawiać po polsku pierwszy raz od trzech tygodni. W domu rozmawiamy czasem w polglish, ale to nie to samo, co język ojczysty.

Nie trzeba było długo czekać, bo już w sobotę porwała mnie ekipa zapalonych fotografów, podróżników, entuzjastów wspinaczek i wszelkich weekendowych aktywności pozamiejskich.

Postanowiliśmy przejść pieszo Golden Gate Bridge. Ale to nie wszystko. Poszliśmy na mały spacer po wzgórzach Marin County. Doszliśmy do lasu, pola kempingowego, bunkra i plaży. Mimo, że ocean zimny i pełen rekinów, jeden z kolegów postanowił poddać się falom i zamoczyć członki. Na szczęście aparat pozostał w górze i trzydziestocentymenrowy obiektyw nie ucierpiał. Na prawdę podobają mi się lufy chłopaków, jakkolwiek dwuznacznie to brzmi. Mam nadzieję, że i ja się kiedyś dorobię takiego sprzętu.

Ostatnie dni dowodzą, że los potrafi zaskakiwać. Zostałam zaskoczona polskością i fotografią.

 

Golden Gate,part 2
czwartek, 05 listopada 2009
Zwiedzanie, poznawanie, oglądanie i... angielski

Robi się coraz bardziej intensywnie. Robię się coraz  bardziej zajęta. To dobrze. Nie ma nic gorszego niż nuda. Ktoś kiedyś powiedział, że inteligentni ludzie się nie nudzą. Nie to, żebym była inteligentna, ale nudzić się nie lubię. Zawszę znajduję sobie coś do roboty. Jak chodźby pisanie tego bloga, umieszczanie zdjęć, czy po prostu facebook (zwany również od czasów Halloween: bookface).

Zatem, co takiego się dzieje? Po pierwsze w poniedziałek zaczęłam chodzić na angielski. "Jakby jej było mało angielskiego!" - pomyślicie. Po trosze macie rację. Ale: ostatni raz "uczyłam" się angielskiego w klasie maturalnej. Na studiach, dzięki FCE, przepisywano mi ocenę i nie musiałam uczęszczać na zajęcia. Tak więc gramatyka była dawno temu i nie prawda. Jasne, że przez tyle lat rozmawiałam po angielsku i używałam tego języka dość aktywnie, szczególnie przez ostatni rok. Ale już bardzo dawno nie uczyłam się go. Dlatego chcę powtórzyć gramatykę i wciąż poszerzać słownictwo. Poza tym amerykański angielski w niektórych aspektach bardzo różni się od brytyjskiego. Dodatkowo na tych zajęciach używamy bardzo praktycznego słownictwa, które np. występuje na opakowaniach, instrukcjach obsłuchi, w rozmowach telefonicznych, itd. Poniekąd zajęcia te przygotowują również do funkcjonowania w tutejszych realiach. Kolejna rewelacyjna rzecz to fakt, że ten kurs angielskiego jest totalnie za darmo! W Stanach istnieją tzw. Community College, które oferują dwa rodzaje kursów: bezpłatne i płatne. Tzw. "non-credit" są bezpłatne i każdy może się na nie zapisać, a "credit" są płatne (ale w porównaniu z kursami i kierunkami na innych uczelniach są o niebo tańsze). Dodatkowo będę mogła chodzić na lekcje gotowania i pieczenia (to akurat bardzo mi się przyda) oraz na zajęcia z komputera, takie jak: pakiet Office czy Photoshop. I wszystko to zupełnie za darmo, gratis, free,

Po drugie zaczął się listopad (boshe... jak ten czas szybko leci), a początek każdego miesiąca to czas bezpłatnych wstępów do muzeów. San Francisco ma bardzo bogate i urozmaicone zbiory muzealne. Jest w czym wybierać. Jednak pierwsze kroki musiałam skierować do Asian Art Museum (Muzeum Sztuki Azjatyckiej). To muzeum jest niesamowte. Ogromne, nowoczesne, urozmaicone, ale i koherentne. Azja w najlepszej postaci. Takiego muzeum nie mogło tu zabrankąć, wszak 40% populacji miasta stanowią Chińczycy (jest to ich największe skupisko poza Azją), do tego trzeba doliczyć inne narody azjatyckie. Aktualnie tymczasowa wystawa to przepiękna "Birma i Syjam". Poza tym trzy piętra poświęcone różnym regionom. Na drugim pięterze Chiny, Korea i Japonia, na trzecim Azja Południowa i Azja Południowo-Wschodnia. Ponieważ tuż po Halloween nie spieszyliśmy się zbytnio, dotarliśmy do muzeum około południa. Wyszliśmy o 16 nie zobaczywszy trzeciego piętra, które postanowiliśmy zostawić na  pierwszą niedzielę grudnia, kiedy to muzeum znów będzie bezpłatne. Dodam tylko, że w Asian Art Museum w części japońskiej znajduje się prawdziwy pawilon herbaciany, w którym od czasu do czasu odbywają się ceremonie herbaciane. Pawilon zbudowano w Japonii, a następnie przetransportowano do SF i  japońscy rzemieślnicy złożyli go ponownie w środku muzeum.

We wtorek znów skorzystaliśmy z bezpłatnego wstępu do muzeum. Wybraliśmy wspaniałe Muzeum Sztuk Pięknych de Young. Jest to najstarsze muzeum w San Francisco, założone w 1895 roku. Odnowione w 2005 znakomicie spełnia swoją rolę. Znajduje się w głównym parku miasta Golden Gate Park. Zawiera jedną z najlepszych w Stanach kolekcję amerykańskiego malarstwa od czasów kolonialnych do dziś, jak również rzeźby i rękodzieło oraz sztukę rdzennych mieszkańców Ameryki. Poza tym można tu zobaczyć tekstylia, sztukę afrykańską oraz sztukę rodem z Oceanii. Muzeum jest też ośrodkiem edukacyjnym zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Obecnie głównym wabikiem turystycznym stał się Tuti, czyli czasowa wystawa poświęcona słynnemu faraonowi Tutenchamonowi i jego sarkowagowi, który na codzień przebywa w British Museum. Tam jednak wstęp nie był bezpłatny, a raczej był płatny i to sporo, bo aż 27$. Cena nas zniechęciła, poza tym jakoś nie miałam ochoty oglądać tego, co Brytyjczycy pokradli z Egiptu. Natomiast zachwycające widoki zapewnia taras widokowy umieszczony na wieży w muzeum. Znajduje się tam wielka mapa satelitarna San Francisco, a na moim zdjęciu Tyler pokazuje gdzie mieszkamy. Co prawda na skraju mapy, ale nie narzekamy.

Na koniec dodam, że dziś po kursie angielskiego odbyłam wycieczkę do Exploratorium, w kótrym czekało na mnie i rzeszę innych entuzjastów nauki mnóstwo eksperymentów i doświadczeń, które aż trudno jest opisać. Przypomina mi to trochę angielską Magnę (Magna Science Anventure Centre) w Rotherham, gdzie byłam jeszcze jako licealistka. To tak jakby odbywało się żywą lecję fizyki, wszystkiego można dotkąć, samodzielnie przeprowadzić różne doświadczenia i przekonać się jak zwodnicze potrafią być nasze zmysły.

To na tyle pisania. Miłego oglądania.


De Young Museum
poniedziałek, 02 listopada 2009
Późno-popołudniowe impresje

Sunset silhouette

sobota, 31 października 2009
Fishermen's Wharf

Dziś, tuż przed Halloween, lenistwo mnie dopadło i nie będę pisać.

Wzamian przedstawiam kolejną odsłonę radosnej twórczości fotograficznej.

Miłego oglądania.

 

Fishermen's Wharf
środa, 28 października 2009
Kolejne spacery: Coit Tower i Telegraph Hill

Tym razem nogi przywiodły mnie na jedno ze wzgórz na północnym-wschodzie miasta. Po drodze zahaczyłam o centrum, więc na zdjęciach znajduje się również Ratusz (City Hall) i Union Square. Szczególnie urzekły mnie kolorowe neony pewnego ekskluzywnego, makrowego sklepu.

Autobus podwózł mnie na Washington Square w North Beach (jak narazie moja ulubiona dzielnica) i stamtąd już pieszo zaczęłam wspinaczkę na Telegraph Hill. Na jego szczycie znajduje się Coit Tower. Wieża powstała w 1933 roku z fundacji Lille Hitchcock Coit, znanej ochotniczki straży pożarnej i jednej z bardziej ekscentrycznych mieszkanek North Beach. Coit paliła cygara i nosiła spodnie zanim takie zachowanie stało się powszechnie akceptowane dla kobiet.

Była hazardzistką i często przebierała się za mężczyznę, by uprawiać hazard, gdyż z założenia był on przeznaczony tylko dla mężczyzn. Podobno nawet ogoliła głowę na łyso, aby jej peruki lepiej pasowały do przebrań.

Coit miała szczególny stosunek do strażaków miasta. W wieku ośmiu lat została uratowana z płonącego budynku, co wywarło ogromny wpływ na jej życie. Do piętnastego roku życia jeździła wraz z brygadą pożarniczą Knickerbocker Engine Company Number 5 na akcje pożarnicze, a jako dorosła kobieta została mianowana honorowym strażakiem.

Tuż pod wieżą stoi pomnik człowieka, który został sławny, dlatego, że się zgubił. Dziś nosi miano wielkiego odkrywcy. Dumnie spogląda na amerykańską falgę (lub patrząc z innej perskepktywy - na Alcatraz).

Kiedy jest się na szczycie, trzeba też wiedzieć kiedy i w jaki sposób zniego zejść. Ja postanowiłam zejść w najciekaszyw sposób. Słynnymi schodami Filbarta. 377 schodów, dla mnie na szczęście w dół. Widoki zupełnie nie pasują do San Francisco. Ale w tym mieście jest wszystko, więc nie zdziwiłam się, że schody wiodą przez ogród, a w wielu miejscach otoczone są przez stare, drewniane domy przywołujące San Francisco z dawnych lat. Podobno okolice te zamieszkuje kilku znanych amerykańskich pisarzy. Ja jednak o nich nie słyszałam, więc pomijam ten wątek.

Nagle schodząc w dół usłyszałam dziwne skrzeczenie. Uniosłam głowę w górę i bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam przelatujące stado zielonych, dzikich papug. To potomkowie papug, które uciekły kiedyś pewnemu hodowcy. Zadomowiły się w okolicznych zaroślach i parkach. I latają sobie tak nad tą częścią miasta.

Wow. Dzikie papugi w środku miasta?! Tylko w SF.


Coit Tower & Telegraph Hill
poniedziałek, 26 października 2009
Złote Wrota

Nie można wyobrazić sobie San Francisco bez jego stalowej, pomarańczowej konstrukcji. Ulubione miejsce turystów i samobójców. Wizytówka miasta i znaczne ułatwienie komunikacyjne dla północnej Kalifornii. Złote wrota, czyli Most Golden Gate. Od momentu otwarcia w 1937 roku przejechało już po nim ponad 6,5 miliarda pojazdów, a do wód Zatoki skoczyło aż 1200 osób targających się na swoje życie. Most jest też bardzo bogaty, zarobił już ponad miliard dolarów na swoją konserwację, a to za sprawą opłaty (6$), ktorą pobiera się tylko od samochodów wjeżdżających do miasta.

Olbrzymia konstrukcja o długości 2.7 km zmaga się z trudnymi warunkami klimatycznymi w postaci: silnych wiatów niosących żrącą sól mosrką, mgły oraz częstych w tym rejonie trzęsień ziemi. Dlatego most jest malowany na jaskrawy pomarańczowy kolor (symbolizujący również złoto), aby był widoczny szczególnie podczas często występującej tutaj mgły. Maluje się go nieustannie od momentu powstania.

Każda z lin na których wisi most ma 93 cm średnicy i składa się z 27572 oddzielnych żyłek kabla. Bliźniacze wieże mają po 218 m wysokości, a zdobią je detale w stylu art deco.

Nie ulega wątpliwości, że jest piękny i zachwyca. Mnie onieśmielił. Stoi tam, dumny i dzielny. Przyjmie każdego i będzie pomocny. Czy to w przedostaniu się na północ, np. do Santa Rosa, na południe, do San Francisco, czy będzie towarzyszył w ostatnich momentach życia. Istnieje nawet niepisana teoria, że to obciach skakać z Bay Bridge (mostu w Zatoce, łączącego SF Z Oakland i Berkeley), natomiast chlubą jest popełnienie samobójstwa skacząc z Golden Gate. Tylko ja się pytam jaka to różnica, skoro efekt pozostaje taki sam?


Pierwszy samobójca pojawił się na moście dziesięć tygodni po jego otwarciu. W ciągu wielu lat dokonano już siedmiu prób przeforsowania prawa pozwalającego zamontować barierki., wciąż bezskutecznie. Spór trwa do dzisiaj. San Francisco Chronicle zanotował 1218 dokonanych samobójstw. Powyższy obrazek pokazuje najpopularniejsze miejsca samobójców.

Ja nie mam zamiaru skakać, mam zamiar pokazać Golden Gate moim obiektywem.


Golden Gate
czwartek, 22 października 2009
Pacyfik po raz pierwszy

2009. Rok oceanów. Dziesięć miesięcy temu stałam na zachodnim krańcu Europy, w Porto i moczyłam palce w styczniowym Atlantyku. Po raz pierszy widziałam wtedy ocean. Patrząc na zachód wyobrażałam sobie Amerykę, już prawie można było stamtąd dostrzec Statuę Wolności.

Dziś również nad oceanem patrzyłam na zachód. Ale na próżno szukać tam jakiegoś lądu. Prawie pół globu bez ziemi. Bezkres. Spokój. Pacyfik.

Zawędrowałam dziś pieszo z domu nad ocean. Postanowiłam wykorzystać wspaniałą pogodę, ponieważ do tej pory dominowały mgły, a dziś słońce zaświeciło pełną "gębą". Ale pogoda trochę mnie rozbawiła, bo wystawiając buzię do słońca wydaje się, że mamy lato, a jednak w cieniu czuć chłodne powiewy wiatru. Bynajmniej takie okoliczności przyrody nie zniechęciły mnie, a wręcz zachęciły. Dlatego po przestudiowaniu mapy i przeliczeniu bzdurnych amerykańskich wymiarów, wyszło mi jakieś 3 km. Zahaczyłam jeszcze o pobliski park, który okazał się być wielkim wąwozem zdominowanym przez olbrzymie eukaliptusy, szare wiewiórki (tutaj dedykacja dla rudych wiewiór wdzydzkich) i zaadaptowany na teren rekreacyjny i "wypasu psów" (mieszkańcy przyjeżdżają tu samochodami ze swoimi pupilami i wypasają je; wygląda to tak, że pan siedzi na ławce, a pies biega po łące). Po wyjściu z parku skierowałam się przez bogatszą dzielnicę w kierunku oceanu. Po drodze jeszcze zagadnięta przez Azjatę-amatora fotografii, po krótkiej konwersacji dotarłam do plaży, a moim oczom ukazał się ON. PACYFIK. Pikękny jest. Ach, jak szumi... To nie jakieś tam morze. To się czuje, że ocean. Fale. Wiatr. Surferzy. Ach... Gdyby jeszcze odrobinkę cieplej było, nie omieszkałabym wskoczyć do wody. Chodziłam po plaży chyba z godzinę. Napawałam się błękitem, bo "błękit jest otchłanią i nadzieją, w nocy jest przepaścią, w ciągu dnia jest niebem. Błękit jest wolnością, błękit jest przestrzenią. Błękit jest sukienką, w której widzę ciebie. Tym jest błękit. Tym dla mnie jest".

Dziś doświadczyłam tego, co bezcenne.

 

Pacific
środa, 21 października 2009
Co ma ziemniak do Zatoki San Francisco?

Zanim Zatoka San Francisco obdarzona została imieniem świętego nosiła miano Francisa Drake'a. To właśnie Drake'owi zawdzięczamy ziemniaki na naszych stołach. Ale jakim cudem doszło do połączenia Drake'a, San Francisco i ziemniaków?

W XVI wieku ten angielski kosrarz wyruszył w podróż dookoła świata. Wsławił się złupieniem wielu miast Nowego Świata, oraz zdobyciem wielu statków portugalskich i hiszpańskich. Odebrał Hiszpanom wyłączność na obecność na Pacyfiku. Drake przebywał na półwyspie, na którym leży dziś San Francisco w 1579. Uważany był przez Indian za boga,  został obdarzony koroną z piór i zielem zwanym tobak "tabaka, tytoń". Od tamtego czasu jego mieniem zaczęto nazywać zatokę.

A skąd te ziemniaki? To właśnie Drake przywiózł tę roślinę do Wielkiej Brytanii ze swoich licznych wypraw do Ameryki Południowej. W niemieckim Offenburgu znajduje się pomnik Drake'a, który przedstawia wielkiego pirata z kwiatkiem w ręku. To kwiat ziemniaka. Napis na postumencie głosi "Sir Francisowi Drake'owi, który rozpowszechnił ziemniaki w Europie. Miliony rolników całego świata błogosławią jego nieśmiertelną pamięć. To ulga dla biedaków, bezcenny dar Boży, łagodzący okrutną nędzę".

Tylko dlaczego pomnik jest w Niemczech?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Stowarzyszenie CTA - Closer
to Asia CTA News - serwis prasowy
Stowarzyszenia CTA - Closer to Asia Click for Kraków, Poland Forecast Monika Burzyńska's Profile
Monika Burzyńska's Facebook profile
Create Your Badge