czwartek, 24 grudnia 2009
Wesołych Świąt, Merry Christmas, Frohe Weihnachten, 圣诞快乐!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia wszystkim czytelnikom bloga życzę radości, miłości, rodzinnej atmosfery, smacznej Wigilii, spokoju oraz odpoczynku.

sobota, 19 grudnia 2009
W grudniu popołudniu, w parku...

Miszkańczy San Francisco mówią o nim po prostu "the park". Nowy Jork ma Central Park, a SF ma Golden Gate Park, olbrzymie połacie lasu i parku w środku miasta. Tutaj koncentruje się życie mieszkańców w weekendy. Park jest ogromny, ma wiele działów, mniejszych parczków, wszelakich atrakcji. Jest tu ogród botaniczyn, w którym znajdują się rośliny z całego świata, jest palmiarnia, jest herbaciany ogród japoński, ogród różany, jeziorko z żółwiami i truskawkowym wzgórzem, są drzewa redwoods (te bardzo stare i wysokie), ale przede wszystkim jest mnóstwo wiewiórek. Niestety nie mają rudego futerka, te kalifornijskie są szare, ale niemniej urocze. Podchodzą bardzo blisko ludzi z nadzieją na poczęstunek orzeszkiem. Wiewiórki to moje ulubione zwierzęta parkowe.

W środku Glden Gate Park znajdują się wspaniałe de Young Museum oraz Academy of Science.

Nieco dalej na północnym-zachodzie miasta położony jest Lincoln Park, który mieści muzeum Legion on Honor, znajdujące się w klasycystrycznej budowli wzorowanej na Francuskim Pawilonie z międzynarodowych targów Panamia-Pacific z 1915 r.  Powstało dla upamiętnienia poległych w czasie drugiej wojny światowej, służąc następnym pokoleniom za muzeum. Na dziedzińcu znajduje się kopia słynnego dzieła Rodina "Myśliciel".

 

Golden Gate Park and Lincoln Park
środa, 16 grudnia 2009
Z cyklu: Księga pochwał i zażaleń

Mijają właśnie dwa miesiące. Czas na podsumowania, wnioski, uwagi oraz księgę zażaleń.

Poza tym wszystkim, co mi się w San Francisco podoba, jest kilka rzeczy zdecydowanie przeciwnych.

Bezdomni. To jedna z rzeczy, której nie lubię w SF. Jest tu mnóstwo bezdomnych, „łaziorów” i żebrujących. Po części, dlatego, że mają się tu dobrze. Nie ma mrozów, nikt ich nie przegania, miasto o nich dba. Tak, więc idąc ulicą jest 100% szans, że spotkasz jakiegoś śmierdzącego, szalonego, gadającego do siebie lub wykrzykującego coś, albo na czymś grającego człowieka. Szacuje się, że każdej nocy jest ich od tysiąca do dwóch tysięcy na ulicach miasta. Jakieś 60% z nich to afro-amerykanie. Właściwie Polacy, u których często bywam pomagają jednemu takiemu. Jest biały, ma na imię Edward i podobno był kiedyś prawnikiem. Roznosi kwiatki w poniedziałki, dostaje za to kilkanaście dolarów, na jedzenie. Ale mam wrażenie, że zamiast jedzenia wydaje kasę na ćpanie.

Co do narkotyków to mają tutaj coś takiego, co nazywa się „medyczna marihuana”. Jeśli udowodnisz lekarzowi, że potrzebujesz „maryszki”, bo ona na przykład uśmierza twój ból, którego nie usuwają żadne inne tabletki, albo masz jakiś inny problem, na który jedynym rozwiązaniem jest palenie trawki, lekarz może przepisać ci właśnie tą medyczną marihuanę. Następnie możesz udać się do specjalnego sklepu i ową trawkę zakupić. Poza tym popularne są tzw. magiczne ciasteczka (magic cookies), czyli właśnie nic innego jak ciasteczka z marychą. Widziałam kiedyś ludzi, którzy się tego najedli. Zamiast 45 minut jechali 3h z San Jose do SF. A gdy już dojechali, zamiast bawić się na imprezie, siedzieli w kącie jak zombi. Jeśli na tym to polega, to ja dziękuję. Żadnych wizji i odlotów? Kiedyś siedząc na trawie w parku podszedł do mnie gość i zapytał czy chcę owe magiczne ciasteczka. Więc myślę, że kupić narkotyki w Californii jest bardzo ławo. Wiele osób opowiada się za ich zalegalizowaniem zasłaniając się pomysłem, że będzie można dodatkowo ściągać za to podatki. Ja nie jestem jednak tego taka pewna.

Kolejna rzecz, która mnie tu irytuje, to pomysł, że na każdym skrzyżowaniu wszędzie jest znak STOP.  Nie ma tu dróg głównych i podporządkowanych, nigdzie nie widziałam znaku „ustąp pierwszeństwa”. Po prostu same STOPy. Można dostać kręćka. Ten fakt implikuje nieobecność rond. Nie ma rond! Rondo okazuje się być największym wynalazkiem Europy. Kiedyś w innym mieście widziałam coś, co z założenia miało wyglądać jak rondo, ale konstruktor, żeby być do końca „zidiociałym amerykanem”, ustawił jeszcze 4 znaki stopu na każdej wlatującej na rondo ulicy. Ja nie mogę! Gdzie leży przyczyna tych stopów? Jedną wydedukowałam sama, drugą mnie oświecono. Moim zdaniem, ponieważ „głupie amerykany” nie potrafią jeździć samochodami z manualną skrzynią biegów, bo to za dużo roboty, mają samochody z automatyczną. Dlatego mogą tak często się zatrzymywać nie zmieniając biegów. Nie chcę nawet myśleć, co by było gdyby nagle musieli zatrzymywać się na każdym skrzyżowaniu i od początku zaczynać od jedynki, potem dwójka, trójka, itd. Amerykanie są wszak leniwi. Po drugie amerykany nie umieją jeździć samochodami; prawo jazdy można już dostać w wieku 16 lat, nie trzeba chodzić na kurs, wystarczy, że ojciec nauczy takiego nastolatka jeździć i potem tylko zdaje się egzamin. To powoduje, że generalnie nie respektuje się wielu zasad ruchu drogowego (szczególnie źle jeżdżą tu „chińczyki”), więc lepiej niech się taki delikwent profilaktycznie zatrzyma przed skrzyżowaniem. Zatrzymać się musi, nawet jak widzi, że nic nie jedzie, i jak byk widać, że przydałby się na tym skrzyżowaniu żółty trójkąt z czerwoną obwódką, zwrócony w dół. Dlatego ponieważ generalnie ludzie tutaj nie jeżdżą zbyt dobrze, powinni za każdym razem zatrzymywać się przed skrzyżowaniem, tak dla bezpieczeństwa. STOP.

piątek, 11 grudnia 2009
Ładne kwiatki
kwiaty
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Nienudna wycieczka w nudną pogodę

Dobijam już prawie do dwóch miesięcy za wielką wodą, siódmą górą i dziesiątą rzeką. Przez ten czas zdążyłam już nieco poznać Miasto nad Zatoką, zwyczaje mieszkańców i mentalność tego kraju. Może poznać to nie do końca właściwe słowo, ale na pewno poczyniłam obserwacje i porównałam je z moim dotychczasowym doświadczeniem. Wracając jednak do miasta, mimo, że może nie zwiedziłam go jeszcze na wylot i nie poznałam wszystkich tajemnic, w miniony piątek poczułam potrzebę wydostania się z miejskiej dżungli i zobaczenia rzeczy, z których Kalifornia słynie (nie mówię o winie). OK, po tym przydługawym wstępie wiecie już, że pojechaliśmy na wycieczkę.

Mimo, że można uznać, że pogoda niedopisana, nie było wcale nudno. Mówiąc o pogodzie trzeba zaznaczyć, że do tej pory przez 95% moich dni grzało nas swoimi promieniami jesienne słońce, a wdziękami obdarzało piękne błękitne niebo. Niestety do tej części Kalifornii dotarła właśnie zima. Co znaczy oczywiście, że nie będzie mrozów, ale robi się nieprzyjemnie. Deszcz, wiatr i szaruga, tak w skrócie. Od 3 do 10 stopni, ale w niektórych częściach miasta i zatoki rano można zastać szron na samochodzie (!). Jak dobrze, że nie mamy samochodu, hi hi. Nie ma to jak transport publiczny :)

Zatem wynajęliśmy samochód, żeby udać się na jednodniową wycieczkę wzdłuż wybrzeża do letniego kurortu Santa Cruz, a następnie do nieco bardziej słynnego miejsca, a właściwie miejsc, w których mieszczą się rzeczy, z których większość z nas korzysta każdego dnia. (zagadka). Na początku trasa wydawała się nieco nudna, depresje szare niebo za oknami, szary ocean po prawej i wzgórza po lewej. Choć przyznam, że miało to swój urok. Zaplanowaliśmy postój w Pigeon Point, starej latarni morskiej z 1871 roku, miejsca, gdzie o tej porze roku można zobaczyć płynące na południe wieloryby. Niestety, żadnego nie udało nam się dostrzec, więc zziębnięci od zimnego oceanicznego wiatru udaliśmy się w stronę samochodu. Mijając hostel, który mieści się zaraz obok latarni zostaliśmy zagadnięci przez pewnego człowieka pytaniem:

- Chcecie pomóc uratować lwa morskiego? Chore zwierzę zostało wyrzucone na plażę.

Nie musiał dwa razy powtarzać. Choć nie było łatwo, gdyż biedak (biedaczka) ważył 97 kg, udało się i załadowaliśmy go do pickup’a. Mężczyzna okazał się ratownikiem z centrum ssaków morskich i zabrał tam zwierzę, w celu udzielenia mu dalszej pomocy. Zapytał mnie też jak mam na imię i powiedział, że zwierzę od teraz będzie miało tak na imię. Tyler upewnił się, że będzie to Monika, przez „k” i dokonał aktu nadania jej słowiańskiej „duszy”. Oboje mamy nadzieję, że Monika wyzdrowieje. Zadzwonimy tam jutro.

Dlaczego lew morski zachorował? Najwyraźniej zaszwankował układ nerwowy. Zwierzęta morskie jedzą ryby, które żywią się algami. Wodorosty natomiast wchłaniają zanieczyszczenia, jakie doprowadzane są do oceanu przez rzeki, do których spływają chemikalia i pestycydy używane przez wielkoobszarowych farmerów.

Nieco oszołomieni nieoczekiwaną sytuacją, jakiej staliśmy się udziałem, pojechaliśmy dalej na południe do wyludnionego Santa Cruz. Objechaliśmy miasto. Nic nadzwyczajnego, ale stamtąd  nasza trasa wiodła już na północny zachód do Silicon Walley. Tak, tak, Dolina Krzemowa. Dolina Krzemowa nie jest nazwą geograficzną, więc nie znajdziecie jej na mapie. To nazwa nadana północnej części Doliny Santa Clara. Zgodnie z nazwą tereny te stanowią od lat 50. XX-wieku centrum amerykańskiego przemysłu tzw. "nowych technologii", głównie przemysłu komputerowego. Termin został utworzony przez amerykańskiego dziennikarza Hoeflera, który na początku 1971 roku w lokalnym piśmie elektronicznym zamieścił serię artykułów zatytułowanych "Silicon Valley USA” . Korzystne warunki do rozwoju przedsiębiorczości i niskie ceny gruntu przyczyniły się do dynamicznego rozwoju tej okolicy w dalszych dziesięcioleciach. A wszysko zaczęło się gubernatora Kalifornii Stanforda, który, aby uczcić zmarłego syna ufundował uniwersytet, który dziś należy do amerykańskiej czołówki, Stanford University (na marginesie posiadający wspaniałą encyklopedię filozoficzną on-line).

Tutaj więcej na temat historii Doliny Krzemowej.

My skoncentrowaliśmy się na współczesnych technologiach codziennego użytku. Mieliśmy przy tym sporo zabawy w ten pochmurny dzień. Wspomnę tylko Ebay, Apple, Yahoo, Google, Facebook.

Silicon Valley
środa, 02 grudnia 2009
Pierwsze spotkanie z kalifornijską naturą
Armstrong Woods
Indyk, czyli Święto Dziękczynienia

Moje pierwsze Święto Dziękczynienia w USA spędziłam w Santa Rosa, które położone jest ok. 60 km na północ od San Francisco. Tak naprawdę mieliśmy podwójne święto. Tradycyjnie Thanksgiving przypada na ostatni czwartek listopada. My świętowaliśmy jednak zarówno we czwartek, jak i dzień wcześniej. W środowy wieczór jedliśmy kolację u znajomych. Dodam tylko, że cały posiłek dla 22 osób przygotowała dwudziestojednoletnia dziewczyna. Chapeau bas, jak mawiają Francuzi. Skoro mam już wprawę w dziękczynnym jadłospisie, postaram się go przedstawić.

Podstawa to indyk, zwany również turkiem. Spora bestia, którą nadziewa się nadzieniem (stuffing). Nadzienie składa się z suszonych kostek chleba, selera, masła, cebuli, czosnku i wielu, wielu przypraw. Można też nadziać indyka nadzieniem czysto warzywnym, a osobno przyrządzić nadzienie i je zapiec. Indyka piecze się ok. 5 h, a jego temperatura ma dojść do 170 st. F, czylu ok 77 st. Celsjusza. W międzyczasie polewa się go wielokrotnie bejcą ze stopionego masła i białego wina.

Poza indykiem z sosem żurawinowym i nadzieniem jedliśmy oczywiście pure ziemniaczane (mashed potatoes), yams, czyli pomarańczowe słodkie ziemniaki, zieloną fasolkę szparagową, świeżo pieczone bułki z białego pieczywa, a to wszystko polane gravy, czyli pysznym sosem. Oczywiście na tym nie koniec. Po daniu głównym następuje szereg deserów. Najpopularniejsze to ciasto dyniowe (pumpkin pie), tarta z orzechami pekanowymi (peacan tart) i ciasto jabłkowe (apple pie). A poza tym wszystko, co pasuje do jesiennego posiłku.

Z moich obserwacji wynika, że Thanksgiving to ulubione święto leniwych Amerykanów, ponieważ nie wymaga od nich żadnego duchowego zaangażowania. Jest areligijne, każdy, niezależnie od wyznania lub jego braku może, a nawet powinien zasiąść do uroczystej kolacji. Nie trzeba iść do kościoła/synagogi/meczetu (niepotrzebne skreślić). Trzeba tylko się najeść, a to Amerykanie lubią najbardziej.


thanksgiving
środa, 25 listopada 2009
Na kawowym tropie trafiwszy na chleb

Po opublikowaniu ostatniego wpisu na temat kawy, stwierdziłam, że jednak coś jest chyba nie tak z tą kawą w Ameryce. Przecież Amerykanie kochają wszystko, co kojarzy im się z kulturalną Europą. Muszą także kochać sposób, w jaki europejczycy delektują się kawą. Dlatego powinny istnieć miejsca, gdzie podaje się naprawdę dobrą kawę w filiżance. Muszą istnieć żywe kawiarnie, gdzie ludzie rozmawiają. Kawiarnie, w których, nie ma Wi-Fi, a jednak właściciel nie poszedł z tego powodu dawno z torbami.

Nie musiałam długo szukać, żeby znaleźć kawowe ukojenie. Choć zaistniał o jeden element za dużo, ale o tym za chwilę. Mój prywatny Amerykanin zaprowadził mnie w niedzielne popołudnie do najlepszej piekarnio-cukiernio-kawiarni w San Francisco, na Mission nieopodal Dolores Park. Co świadczy o tym, że Tartine – bo tak się nazywa -  uważana jest za najlepsze miejsce tego typu?

Po pierwsze na zewnątrz nie ma żadnego napisu, szyldu czy informacji o zawartości miejsca. Dlaczego? Bo nie musi być. Wszyscy wiedzą, gdzie jest Tartine.

Po drugie, powyższe implikuje fakt, że zawsze, bez względu na porę dnia, powtarzam jeszcze raz: ZAWSZE jest tam kolejka. Ogonek wystaje na zewnątrz. W środku niestety też jest tłoczno, ale widać tką cenę trzeba zapłacić za doświadczenie kawowej i cukierniczej rozpusty. Zamówiliśmy tartę cytrynową (ulubioną pozycję z deserowego menu mojej drugiej połówki), mleko, oraz moją ulubioną latte, czyli kawę z dużą ilością gorącego mleka. Kawa została podana w filiżance przypominającej małą miseczkę. Po zrobieniu pierwszego łyka, znalazłam się w kawowym raju. Idealnie wyważone proporcje smaku, poezja. Cytrynowa tarta, kremowa i kwaśna, zrównoważyła smaki.

Trzecim powodem uwielbienia dla Tartine jest chleb. Powiecie: tylko chleb. Wyjeżdżając z Europy musicie być przygotowani na doświadczenie braku dobrego chleba, tym bardziej polskiego chleba, który nie dość, że jest pyszny, jest też tani. W Stanach ciężko kupić dobry chleb. Czasem może zdarzyć się, że trafimy na smaczny chleb, w San Francisco może to być chleb na zakwasie z piekarni Boudin. Jednak, jeśli nie lubimy kwaśnego chleba, musimy pójść do piekarni (nie wystarczy supermarket, tam mają tylko „papierowy” chleb), a w piekarni chleb jest drogi. Przeważnie od 4$ w górę za bochenek. Natomiast chleb w Tartine jest wyjątkowy. Jest to pieczywo popołudniowe, dostępne od środy do niedzieli od 17.00. Wypiekany z organicznej mąki oraz soli morskiej w piecu chlebowym. Dostępny z okrasą z orzechów włoskich, sezamu, oliwek lub bez. Taka rozkosz ma też swoją cenę, niestety 7$.

Jednak warto, oj… warto.

Poza tym Tartine oferuje „drożdżówki”, ciastka, ciasta oraz kanapki w sam raz na lunch.

Wracając do kawy: do Tartine z pewnością będę wpadać na pyszną kawę, wciąż nie tracąc nadziei, że takich (a nawet lepszych miejsc) jest więcej.


cafe/bakery Tartine
poniedziałek, 23 listopada 2009
Jeszcze nie święta

Mimo, ze do Świąt Bożego Nardzenia jeszcze daleko, a przed nami jeszcze jedno święto, we czwartek 26 listopada, czyli Święto Dziękczynienia, na Union Square w San Francisco już dziś stanęła olbrzymia choinka, którą właśnie przyozdabia się tysiącami światełek. Tuż obok niej urządzono lodowisko pod palmami. Marnizna, a poza tym rozmiary pozostawiają wieledo życzenia. Na szczęście w Yerba Bueana Garden znajduje się kryte lodowisko z prawdziwego zdarzenia.

Zdziwiliśmy się kiedy na najsłynniejszym hotelu o nazwie Westin St. Francis ulokowanym właśnie przy Union Square zobaczyliśmy powiewającą polską flagę. Czyżby zawitał tu dziś jakiś znany Polak? Niestety, dziś po prostu była kolej na polską flagę. Jutro zawiśnie inna. Na szczęście nasza flaga udokumentowana na zdjęciu.

 


 

W ramach poprawności politycznej Amerykanie nie mówią już Christmas. Teraz jest "holiday season" (czas wakacji), szczególnie w takim wieloetnicznym środowisku jakim jest SF. No bo nie tylko Boże Narodzenie się zbliża, ale nadchodzi również żydowska Chanukah, a i pewnie inne religie też mają, co świętować. A nawet,  jeśli ktoś nie jest wierzący, a większość nie jest, warto mieć kolejny powód do ferii i przerwy w pracy.

Poza tym jak twierdzi Christian Lander "White people will often say they are 'spiritual' but not religious. This usually means that they will belive in any religion that doesn't involve Jesus." (Biali ludzie mówią często, że nie są religijni, lecz uduchowieni, co oznacza, że uwierzą we wszystko, co nie ma związku z Jezusem).


niedziela, 22 listopada 2009
Mission

Mission to latynoska dzielnica San Francisko. Niektórzy mówią, że nie bardzo bezpieczna. Nie zamierzam sama chodzić tamtędy w nocy, więc nie wiem, jak jest naprawdę, ale za dnia było całkiem przyjemnie. Mission słynęła z pierwszej franciszkańskiej misji chrześcijańskiej (stąd nazwa), a obecnie słynie z murali, czyli malowideł na murach, które kiedyś powstawały z inspiracji Diego Riviery (męża i kochanka Fridy Kahlo), a dziś nalowane są przez latynoskich arytstów oraz dzieci. W Mission można również spróbować prawdziwych meksykańskich i południowoamerykańskich specjałów po przystępnej cenie. Jeśli piszę prawdziwe meksykańskie jedzenie, takie ono rzeczywiście jest. Świeże, oryginalne składniki, meksykańscy kucharze i... długie kolejki. Wszyscy wiedzą, gdzie dają najlepiej jeść, więc zawsze są tam kolejki. Nawet teraz, gdy piszę tego bloga ślinka mi cieknie. Już teraz wiem, co Tyler miał na myśli, kiedy będąc w Polsce mówił, że brakuje mu meksykańskiej kuchni. W Polsce po prostu nie możliwe jest zjedzenie takiego taco, torta, burito, chorizo czy enchilada. Zatem trzeba ruszyć w podróż, również kulinarną.

Tymczasem zdjęcia z Mission.

 

Mission
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Stowarzyszenie CTA - Closer
to Asia CTA News - serwis prasowy
Stowarzyszenia CTA - Closer to Asia Click for Kraków, Poland Forecast Monika Burzyńska's Profile
Monika Burzyńska's Facebook profile
Create Your Badge